Wino Garage. Wino, coraz więcej wina
11.03.2011
, aktualizacja: 20.03.2011 14:55
Nowych knajp jak tlenu trzeba. Nie dalej jak dziś rozmawiałem o tym ze znajomkiem: on nie ma ostatnio czasu na przyjemności brzucha, przestał się włóczyć po knajpach. Podczas niedzielnego spaceru oglądał miasto i poznać go nie umiał. Wszystko nowe.
ZOBACZ TAKŻE
- Europejska. Cesarsko-królewska strona Krakowa (08-04-11, 09:00)
- Wielkie żarcie Nowickiego. Wzorzec sklepu (01-04-11, 06:00)
- Alarm w sprawie Kleparza (25-03-11, 06:00)
- Restauracja Srebrna Góra. Buda przy drodze (18-03-11, 06:00)
- O polskiej kuchni. Wileńska broszura (04-03-11, 06:00)
- Media Aetas. Czarna dziura (25-02-11, 06:00)
- Grappolo d'Oro. Piekło-niebo (18-02-11, 06:00)
SERWISY
Knajp nowych pełno, i inne niż dawniej. Jakieś takie, no, moderne, ładne po prostu, nieprzeładowane, niezmanierowane, proste, jasne, z innego świata. Pisałem tu o nich w ostatnich miesiącach; i nawet jeśli nie w każdej dają doskonałe jedzenie, to przyjemnie w nich siedzieć.
Tak, to miasto - mam taką nadzieję - zaczyna powoli czerpać z innych wzorców niż dotąd. Dam wam przykład ostatni. Dostałem maila, zdaje się przedwczoraj: Wine Garage z Józefitów (którym się kiedyś zachwycałem, i nie bez kozery) otworzył nowy lokal. Tym razem w centrum, na Poselskiej. No, czas najwyższy, pomyślałem, bo mi właściciel mówił już z dziesięć razy, że otwiera, i ciągle nic. A skoro otworzyli nareszcie, to trzeba pójść z wizytą. Przychodzimy, a on tam stoi, pyta, czy tego maila dostałem; bo on by wolał, żebym jeszcze nie dostał - wiadomo, knajpa otwarta dopiero drugi (dosłownie) dzień, nie najlepszy czas na wizytę Huna z "Wyborczej". Ale cóż robić, dostałem liścik słodki, nie wycofam się przecież rakiem... A do tego, patrzę, po prawej siedzi Don Roberto, znany w mieście przyjaciel wina, restaurator, siedzi nad butelką, najwyraźniej zadowolony, że mu otwarli winny bar w okolicy - będzie sobie mógł siadywać, przez nikogo nietrapiony, zamawiać trunki, podjadać sery.
Siedliśmy, zaczęło się studiowanie karty, bo pora była na jedzenie. Przyszła mi wtedy myśl do głowy, i podzieliłem się nią natychmiast: ja z tej karty miałbym ochotę zjeść wszystko. Macie odwagę? To posłuchajcie. Na przykład taki talerz wędlin: katalońskie salami, brandenburska szynka z karkówki, nowojorskie pastrami, pieczywo, wiejskie masło. (A jeśli was gnębi ciekawość, to zostanie wam wytłumaczone w mig wszystko - skąd chleb, skąd masło, od kogo salami itd.). Albo "talerz Garażowy" (cierpię na myśl, że go dziś nie zjem): znów to pastrami nowojorskie, inne wędliny, karczoch, suszone pomidory, i - trzymajcie mnie, bo zaraz tam pobiegnę - marynowane marokańskie sardynki i ser Hawes Wensleydale. Albo talerz serów brytyjskich, oj, niewiele miałem przyjemniejszych odkryć w latach ostatnich niż brytyjskie sery. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej.
Zamówiliśmy, co było do zamówienia, sąsiad poczęstował winem, które właśnie spijał - La Graverie de la Grolet AOC 2005, zaskakującym, mało bordoskim, można by powiedzieć. Czyli wstęp był poczyniony, pierwsze lody przełamane, pierwsze kieliszki wlane do gardeł. Razem z winem zaczęliśmy jeść zupy - te zupy, i każde inne jedzenie w Wine Barze, nie widziały soli, bo gospodarze soli nie używają; ale można sobie dodać, nie czynią żadnych wstrętów. Jarzynowa z zieloną pszenicą, pomysłowa, od jarzynowych odróżniająca się właśnie tym pszenicznym dodatkiem, lekko twardym, sprężystym; chociaż uznaliśmy zgodnie, że szkocka zupa z wieprzowiną, z kawałkami mięsa i bobem bardziej nam odpowiada, bo skomplikowana, bo otwiera kieszonkę w mózgu: no bo czemu tak rzadko zupy u nas - nawet jeśli dobre - wychodzą poza stereotyp? Czemu tylko kremy brokułowe, czemu kapuśniaki, czemu fałszywe bouillabaisse? Smakowite były te zupy w winnym barze, niesłone, ale inne, i umysł zapładniające.
Zjedliśmy sałatkę z czarnej fasoli i marchwi, pietruszki, rukwi wodnej z kuminem i kolendrą - mocno słodkawą, bo tej marchwi dużo; ale gdybym podobne sałatki mógł dostać w wegetariańskich przybytkach tego miasta, to byłbym bardzo, ale to bardzo zadowolony. (Czy tu, w Krakowie, wegetarianie - bardzo przecież pomysłowi w swoich domach - muszą jeść okropnie w swoich barach? Tylko Karma na Krupniczej czyni wyłom w tej zbrodniczej tradycji). Jedliśmy talerz serów i piliśmy kolejne wina; jedne nam się podobały mniej, a inne bardziej. Nie ma co się rozwodzić nad tymi, które nam się mniej spodobały - kataloński Mas Igneus Fa206 2006 Priorat DO wygrał zawody. Taki skoncentrowany, skomplikowany, a jednocześnie wyważony trunek; do serów był boski. Sery brytyjskie, katalońskie wino, Don Roberto rozlewał, prawił o restauracjach, towarzystwo się zmieniało, zmieniały się tematy.
Kontrolnie zjedliśmy "talerz Garażowy" - i nie wiem, co lepsze, czy szynka z karkówki, czy suszone pomidory, czy sardynki marynowane; czy w końcu ten nastrój, jaki się nad winem tworzy. Gadaliśmy o wszystkim, podziwialiśmy wnętrze, piękne, takie, na jakie teraz mam ochotę: trochę jak w delikatesach przemyślanych przez designera - takich, gdzie jest parę stolików i można jeść i pić na miejscu to wszystko, co sprzedają także na wynos.
I ekstatycznie było, i miło, i dnia następnego pamiętaliśmy co nieco, ale nie wszystko. Tak być powinno, tak się po winie dzieje. Najważniejsze, myślę sobie, że powstało kolejne takie miejsce. Najważniejsze, że stylowe jest, że przytulne, że w nowoczesnym stylu, i oddaje to, co właścicielom leży na sercu: żeby sprzedawać wina bio, żeby promować kulturę świadomego jedzenia - więc wszystko, co tu dostaniecie na talerzu, ma własną historię, i karta ma być zmieniana często (co tydzień) - w pierwszej odsłonie był na przykład kurczak zagrodowy z Podlasia; nareszcie ktoś walczy z cesarstwem kurczaka z fabryki. No i jeszcze jedno: winne bary zbliżają się coraz odważniej do centrum miasta, zaczynają być częścią naszej kultury stołu.
Jak mi się na chwilę znudzi miejsce, gdzie zwykle wino piję, to mogę sobie przyjść tu, posiedzieć we wnętrzu eleganckim i poczuć się jak panisko. Hurra!
Wine Garage, ul. Poselska 20
Jak wiadomo, na wino można wydać każde pieniądze. Na kolację i butelkę Spatburgundera wydaliśmy 160 zł. No ale obok siedział człowiek, który lał ze swoich butelek...
Tak, to miasto - mam taką nadzieję - zaczyna powoli czerpać z innych wzorców niż dotąd. Dam wam przykład ostatni. Dostałem maila, zdaje się przedwczoraj: Wine Garage z Józefitów (którym się kiedyś zachwycałem, i nie bez kozery) otworzył nowy lokal. Tym razem w centrum, na Poselskiej. No, czas najwyższy, pomyślałem, bo mi właściciel mówił już z dziesięć razy, że otwiera, i ciągle nic. A skoro otworzyli nareszcie, to trzeba pójść z wizytą. Przychodzimy, a on tam stoi, pyta, czy tego maila dostałem; bo on by wolał, żebym jeszcze nie dostał - wiadomo, knajpa otwarta dopiero drugi (dosłownie) dzień, nie najlepszy czas na wizytę Huna z "Wyborczej". Ale cóż robić, dostałem liścik słodki, nie wycofam się przecież rakiem... A do tego, patrzę, po prawej siedzi Don Roberto, znany w mieście przyjaciel wina, restaurator, siedzi nad butelką, najwyraźniej zadowolony, że mu otwarli winny bar w okolicy - będzie sobie mógł siadywać, przez nikogo nietrapiony, zamawiać trunki, podjadać sery.
Siedliśmy, zaczęło się studiowanie karty, bo pora była na jedzenie. Przyszła mi wtedy myśl do głowy, i podzieliłem się nią natychmiast: ja z tej karty miałbym ochotę zjeść wszystko. Macie odwagę? To posłuchajcie. Na przykład taki talerz wędlin: katalońskie salami, brandenburska szynka z karkówki, nowojorskie pastrami, pieczywo, wiejskie masło. (A jeśli was gnębi ciekawość, to zostanie wam wytłumaczone w mig wszystko - skąd chleb, skąd masło, od kogo salami itd.). Albo "talerz Garażowy" (cierpię na myśl, że go dziś nie zjem): znów to pastrami nowojorskie, inne wędliny, karczoch, suszone pomidory, i - trzymajcie mnie, bo zaraz tam pobiegnę - marynowane marokańskie sardynki i ser Hawes Wensleydale. Albo talerz serów brytyjskich, oj, niewiele miałem przyjemniejszych odkryć w latach ostatnich niż brytyjskie sery. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej.
Zamówiliśmy, co było do zamówienia, sąsiad poczęstował winem, które właśnie spijał - La Graverie de la Grolet AOC 2005, zaskakującym, mało bordoskim, można by powiedzieć. Czyli wstęp był poczyniony, pierwsze lody przełamane, pierwsze kieliszki wlane do gardeł. Razem z winem zaczęliśmy jeść zupy - te zupy, i każde inne jedzenie w Wine Barze, nie widziały soli, bo gospodarze soli nie używają; ale można sobie dodać, nie czynią żadnych wstrętów. Jarzynowa z zieloną pszenicą, pomysłowa, od jarzynowych odróżniająca się właśnie tym pszenicznym dodatkiem, lekko twardym, sprężystym; chociaż uznaliśmy zgodnie, że szkocka zupa z wieprzowiną, z kawałkami mięsa i bobem bardziej nam odpowiada, bo skomplikowana, bo otwiera kieszonkę w mózgu: no bo czemu tak rzadko zupy u nas - nawet jeśli dobre - wychodzą poza stereotyp? Czemu tylko kremy brokułowe, czemu kapuśniaki, czemu fałszywe bouillabaisse? Smakowite były te zupy w winnym barze, niesłone, ale inne, i umysł zapładniające.
Zjedliśmy sałatkę z czarnej fasoli i marchwi, pietruszki, rukwi wodnej z kuminem i kolendrą - mocno słodkawą, bo tej marchwi dużo; ale gdybym podobne sałatki mógł dostać w wegetariańskich przybytkach tego miasta, to byłbym bardzo, ale to bardzo zadowolony. (Czy tu, w Krakowie, wegetarianie - bardzo przecież pomysłowi w swoich domach - muszą jeść okropnie w swoich barach? Tylko Karma na Krupniczej czyni wyłom w tej zbrodniczej tradycji). Jedliśmy talerz serów i piliśmy kolejne wina; jedne nam się podobały mniej, a inne bardziej. Nie ma co się rozwodzić nad tymi, które nam się mniej spodobały - kataloński Mas Igneus Fa206 2006 Priorat DO wygrał zawody. Taki skoncentrowany, skomplikowany, a jednocześnie wyważony trunek; do serów był boski. Sery brytyjskie, katalońskie wino, Don Roberto rozlewał, prawił o restauracjach, towarzystwo się zmieniało, zmieniały się tematy.
Kontrolnie zjedliśmy "talerz Garażowy" - i nie wiem, co lepsze, czy szynka z karkówki, czy suszone pomidory, czy sardynki marynowane; czy w końcu ten nastrój, jaki się nad winem tworzy. Gadaliśmy o wszystkim, podziwialiśmy wnętrze, piękne, takie, na jakie teraz mam ochotę: trochę jak w delikatesach przemyślanych przez designera - takich, gdzie jest parę stolików i można jeść i pić na miejscu to wszystko, co sprzedają także na wynos.
I ekstatycznie było, i miło, i dnia następnego pamiętaliśmy co nieco, ale nie wszystko. Tak być powinno, tak się po winie dzieje. Najważniejsze, myślę sobie, że powstało kolejne takie miejsce. Najważniejsze, że stylowe jest, że przytulne, że w nowoczesnym stylu, i oddaje to, co właścicielom leży na sercu: żeby sprzedawać wina bio, żeby promować kulturę świadomego jedzenia - więc wszystko, co tu dostaniecie na talerzu, ma własną historię, i karta ma być zmieniana często (co tydzień) - w pierwszej odsłonie był na przykład kurczak zagrodowy z Podlasia; nareszcie ktoś walczy z cesarstwem kurczaka z fabryki. No i jeszcze jedno: winne bary zbliżają się coraz odważniej do centrum miasta, zaczynają być częścią naszej kultury stołu.
Jak mi się na chwilę znudzi miejsce, gdzie zwykle wino piję, to mogę sobie przyjść tu, posiedzieć we wnętrzu eleganckim i poczuć się jak panisko. Hurra!
Wine Garage, ul. Poselska 20
Jak wiadomo, na wino można wydać każde pieniądze. Na kolację i butelkę Spatburgundera wydaliśmy 160 zł. No ale obok siedział człowiek, który lał ze swoich butelek...
O polskiej kuchni. Wileńska broszura >>
- 25 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
14 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





