Wielkie żarcie Nowickiego. Wzorzec sklepu

Wojciech Nowicki
01.04.2011 , aktualizacja: 01.04.2011 10:14
A A A Drukuj
Szedłem sobie raz wesoło z ulicy Piekarskiej, na Kazimierzu, i nie oczekiwałem od życia niczego szczególnego. Zbliżał się wieczór; miasto było w pełnej krasie. Słońce, burza przyjemnych myśli, krótko - i średniodystansowa przyszłość malowała się w jak najlepszych barwach. Jeśli powiecie, że to nie cudna wizja, toście łgarze.
Wielkie Żarcie Wojciecha Nowickiego
Wielkie Żarcie Wojciecha Nowickiego
Ulica Węgłowa. Spasiona, ale krótka. Dziura po budynku po jednej stronie, jakieś biedainteresy, jakaś knajpa (gdzie można dostać alkohole i bigos na wzmocnienie woli). Na rogu z Krakowską kiosk. Raczej bez historii. Ale, ale, coś mnie tknęło: ja przecież potrzebowałem wzmocnić się nieco przed wieczorem. Sklep, owszem, jakiś jest. Wchodzę.

I otóż rozgrywa się taka scena: spada na mnie pani, pokrzykuje, wita, ale tak radośnie, że nie mam ochoty uciekać, tylko się razem z nią dobrze bawię. Zaraz zza jej pleców pojawia się jej mąż wąsacz (przynajmniej tak sądzę, że mąż), coś marudzi, ale wesoło, żona mu czyni słodko-gorzkie komentarze. A jednocześnie: latają po tym sklepie jak oszalali, podtykają pod nos towary, pytają o preferencje. Badają, na com łasy, a ja łasy jestem przecież na wszystko; i oni widzą to, niestety, więc pokazują mi coraz więcej. Wiecie, szanowne czytelniczki, i wy, chodzący w ich cieniu czytelnicy, to jest taki sklepik maleńki, gdzie się wciśnie ledwie parę osób. To jest sklep obok ulicy Krakowskiej, a nie jest to ulica słynąca handlem szlachetnym. Tu raczej kwitną interesy tanie, tu nie robią we frykasach. Cóż, pewnie taki wymóg lokalnej społeczności. A na Węgłowej - chcecie sera? A jakiego sera? Może zaczniemy od najlepszych? (tak mnie sprzedawczyni-właścicielka kusi). I buch, korycińskim mi pod nos. Cała miskę różnych korycińskich pokazuje, i palcem śmiga od kawałka do kawałka: a ten z bazylią, ten z pieprzem różnokolorowym, ten z oliwką, i tak wymienia i wymienia. A jak skończyła wymieniać, to mi jeszcze bundz dodała, i był nie taki, jak bywa bundz w najlepszym dla niego czasie, ale i tak przedni. I jeszcze masło, masło Klimeko (no, niepiękna nazwa, ale to od nazwiska właściciela, pana Klimczaka, i jego ekologicznych zapatrywań na świat); i jeszcze jogurt, który zwykle mają tylko w sklepach dla ekowariatów, z tego samego gospodarstwa. Dodam rzecz ważną: to wszystko kosztuje o jedną trzecią mniej niż u mnie pod domem; a jogurt jest wart każdej ceny, muślinowy, delikatny, kiedy jest w domu, wyżeram cały pojemnik od razu.

A potem dzwoni telefon, więc muszę wyjść ze sklepu, muszę się żegnać. Ale nie bardzo mogę: właściciele mi pokazują na migi różne towary; jeszcze mnie na migi właścicielka zaprasza na tyły, gdzie trzymają mięsa - i kroi mi szynki kawałek, i do ręki na drogę daje. Jezu! Ja chyba śnię! W Polsce przecież nic się nie dostaje na zachętę w sklepie, a już na pewno nie w sklepiku osiedlowym. U nas przecież nic nie ma za darmo, chyba że na targu (czyli placu).

Pobudka! Przecież w każdym sklepie czekają na nas śnięte osoby, przecież gadają między sobą od kasy do kasy, a my jakbyśmy byli przezroczyści. Przecież w sklepie czuję się zwykle przedmiotem obcym i mam ochotę od razu uciekać. A tu? Tu raj. Tu uprzejmość i rzeczy wspaniałe, jak w jakimś sklepie z cymesami, gdzie trzeba zapłacić słony rachunek. Tyle że tu jest tanio. Radzę więc, pędźcie, bo takich miejsc nie sieją. Takie miejsca rodzą się jakimś cudem, raz na sto lat. Ci właściciele nie mają ochoty sprzedawać tego, czego sami nie lubią, więc sprzedają tylko to, co im smakuje. Ten kawałek szynki, który dostałem, ech, to była szynka najlepsza w tym roku. Idźcie, sami zobaczcie, a potem od swoich sklepikarzy wymagajcie.

Natomiast w sklepie Pigi, zasłużonym zakładzie garmażeryjno-mięsnym przy Starym Kleparzu (tłumaczę to, bo może jeszcze ktoś o Pigi nie słyszał), cóż... najlepiej powiedzieć to w jasnych, żołnierskich słowach: jest drogo, i robi się chyba coraz drożej. Żywię szczery podziw dla znajomych młodych ojców i mężów, którzy wprost z pracy biegną do Pigi, żeby zadowolić swoje kobiety i dzieci. Poszedłem ostatnio obejrzeć pewne towary, których obecność pozostawiła mnie z początku obojętnym. Chodzi tu o sery Romana Kluski. Wiecie, tego Kluski od Optimusa, tego od siostry Faustyny, człowieka wielu zalet, biznesmena z historią straszną (niedole z fiskusem). Otóż pan Kluska - to nie są moje zmyślenia, tylko wiadomości prosto ze strony internetowej, prezentującej "Gospodarstwo rolne Romana Kluski - Prawdziwe Jedzenie" - podczas licznych podróży po świecie zasmakował w jagnięcinie i w owczych serach. A że dobre owcze sery w Polsce trudno kupić, postanowił je sam produkować. Bez zbędnej skromności pisze: "Taki ser to dzieło sztuki". Postanowiłem się owym dziełom przyjrzeć.

W Pigi można kupić całe sery (nieduże), pakowane w metalowe puszki - jakby na prezent bo wyglądają luksusowo; i niewielkie kawałki, całe czarne, jakby były oblane gutaperką. Puszki z obliczem gospodarza, dzierżącego w ramionach jagnię, i gutaperkowe coś, co wygląda jak produkt radzieckiego przemysłu zbrojeniowego. Wewnątrz sery od tego samego producenta.

Cala zabawa jest w środku. Pod skórką buchają aromaty, i myślisz, czytelniku, że to musi być pecorino w najlepszym wydaniu; jedne są ostrzejsze, drugie bardziej delikatne. Te w puszkach są twardsze, mnie się trafiły takie dłużej dojrzewające - mają mniej aromatów mlecznych, więcej lanoliny; mają w sobie nuty nieujarzmione, dzikie. Myślę, że gdyby je tarkować do makaronu, byłoby bosko. Gdyby je jeść pod winko - też byłoby bosko. No, w ogóle przyjemnie jest w domu, gdzie się panoszą te sery.

Jest tylko jedno ale: one są, powiedziałbym, wręcz absurdalnie drogie. Najdroższy, zwany "kryształkowym" (czyli jak parmezan trochę), kosztuje pod dwie stówy. Najtańszy, półtwardy, naprawdę świetny - jedyne 135 złotych...

No więc ja wybieram sklepik na Węgłowej. (Bo serów od Kluski trochę zostało. Może później zmienię zdanie).

Sklep spożywczy (Aga się nazywa, ale okoliczni mówią o nim "spożywczy"), ul. Węgłowa 4. Cud wart wycieczki.

Sery Romana Kluski - Pigi, Rynek Kleparski 10 lub www.prawdziwejedzenie.pl.

Podziel się

  • 4 komentarze
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

Reklama

Katalog Ofert Deweloperskich Kraków

Znajdź ofertę dla siebie

Serwis specjalny

Wyjątkowa Małopolska

Poznaj niezwykłe zakątki regionu