Europejska. Cesarsko-królewska strona Krakowa
08.04.2011
, aktualizacja: 07.04.2011 15:08
To już tak dawno było: siadywaliśmy gromadnie na tym cyplu pod Krzysztoforami, pijąc napoje i jedząc sałaty (jako że to lato było); a moja doświadczona koleżanka patrzyła na mężczyzn młodych i młode kobiety i powiadała żarliwie: "jakie piękne jest jednak nasze miasto".
Tak mawiała, a my, cała reszta, śmialiśmy się z niej w duchu, bo w nas nie było wtedy ani żarliwości, ani nawet zadowolenia. Bo było pięknie bez powodu, codziennie, działo się wszystko samo, zadowolenie przychodziło co chwila. Ech, głupota.
Minęły liczne pięciolatki, w Europejskiej znalazłem się jeszcze parę razy: ciemnym drewnem obudowana, dostojna, sprawiająca wrażenie może wiedeńskiej, może londyńskiej knajpy, kawiarni do spędzania bożego dnia nad gazetą i kawą. Chodziło się rzadko, ze względu na ceny nie z tej ziemi. Ale takie rzadkie wizyty utrwalają mit, i im rzadziej się chodziło, tym częściej się powiadało - "a może warto byłoby na obiad skoczyć?". I się jednak nie wpadało na ten obiad, wychodząc z założenia, że są miejsca milsze, lepsze, że są miejsca nowsze i ciekawsze. A Europejska stała, czekała, a Europejska żyła własnym życiem, przyjmowała turystów dewizowych i niedewizowych, Europejska trwała w tapetach w pionowe paski i kotarach. Trwała w dość krzykliwej, dywanowej wykładzinie - snują się pod nogami czerwone kwiaty na trawiastozielonym tle, aż można dostać zawrotu głowy. Takie to wszystko jakieś trochę nieprawdziwe, udawane, ale jednak fason trzyma.
Aż nadszedł ten dzień. Stanęliśmy w drzwiach i było pełno. Ludzie siedzieli, pili herbaty, pili kawy, wsuwali ciasteczka - a do jedzenia trzeba było przejść do tylnej sali. Przy stoliku obok same Szwedki, roześmiane, wspomagające radość kolacji winem. Jednym, drugim, trzecim, i tak po kolei (gdyby nie to, że wino piły, powiedziałbym, że to Polacy). Wiecie, szanowne, szanowni, jak to jest, kiedy się patrzy na ludzi jedzących i przy tym wesołych; kiedy im się zagląda w talerze, a na tych talerzach płaty mięsa przepiękne, a na nich kartofle i sałaty. Otóż wtedy bardzo, ale to bardzo chce się jeść.
Karta zakładu jest taka raczej polsko-europejska - Europejczyk znajdzie coś dla siebie, wzbogacony Polak też się na coś skusi. Kelnerka pojawiła się natychmiast, karty wręczyła i - to rzadkość u nas - ze zrozumieniem nazwy wina nie miała kłopotów. Po prostu zanotowała sobie i poszła. (I nie doszło do najmniejszej pomyłki). Zauważyła plamkę na nożu, przeprosiła, zaraz nowy nóż podała. Brawo, kelnerka, powiedziałem sobie, daje radę, szybka, sprawna, przećwiczona; radość była patrzeć.
Przyszła pora na jedzenie. Carpaccio wołowe to była wielka porcja na wielgachnym talerzu, i na dodatek obsypane ku mej radości kaparami i płatkami parmezanu, ustrojone rukolą, kiełkami, posypane cebulą skrojoną na puch - słowem, delikatnie doostrzone mięso, bo wiadomo, surowa wołowina bywa dość blada w smaku. A tu wszystko było w zgodzie ze sobą, i radość była patrzeć, bo ładnie podane surowe mięso to zawsze jest szczęście. No, wesolutko tam się działo, i wyjadaliśmy sobie nawzajem z talerzy. Bo mojej towarzyszce podano krewetki z cukinią; były też pomidorki koktajlowe, i masło czosnkowe piękną żółcienią oblewało danie. Pięknie by było, gdyby nie rozmaryn, który zdobił talerz: krewetki, wiadomo, delikatne są nad wyraz, tak jak i cukinia smażona - a rozmaryn bucha w nozdrza, rozmaryn dobry jest do mięs ciężkich; więc dążenie do wzrokowego piękna zepsuło wrażenia nosowe. Poza tym jednak felerem jadło się jednak bardzo przyjemnie, krewetki ułożono bardzo dbale.
A przy sąsiednich stolikach na całego szły rozmowy, jakiś pan emablował panią wyznaniami o psie, ona odpowiadała mu tym samym (i, nie uwierzycie, raczyli się winem do tej kolacji poświęconej czworonogom). Szwedki szły równym tempem, wytarły usta po przystawkach i zaatakowały kolejną butelkę oraz dania drugie; przyszli Niemcy, i przez chwilę zabawili w lokalu Anglicy, i też wsuwali, i też alkohole pili. Naród nasz był w zdecydowanej mniejszości: psia para i my dwoje, niejako z obowiązku i przypadkowo. To jest już taki tik nerwowy, że w lokalach się rozglądam i liczę. Im wyższa półka, im centrum bliżej - tym częściej już na wejściu obsługa zwraca się do mnie w języku obcym. Nie dlatego jednak, że taki lordowski mam wygląd, choć w chwilach zaćmienia się oczywiście łudzę, że tak - tylko z doświadczenia, po prostu: klient rzadko bywa tam rodakiem. To mi się bardzo, ale to bardzo nie podoba. (Uważam jednak, że Kartagina powinna zostać zburzona. Sprawdźcie sobie, młodzieży, w internecie, co znaczą te tajemnicze słowa).
Na drugie podano skoki królicze w sosie śmietanowym. To rzecz prosta, ale skuteczna w swej prostocie. Takie mięso, które nie każdy lubi, bo choć białe, to pełne wyrazu, aromatyczne. Upieczone było pięknie, było delikatne, ale o lata świetlne od suchości. A jednak, zlituj się Panie Boże... Bo do tego królika dodano warzywa. Cytuję: całkiem rozgotowane ziemniaczki, marchewkę miniaturkę, brokuły, kalafior (a mamy, niestety, przednówek, i na miejscu byłyby zupełnie inne warzywa, zimowe) - posypano to wszystko suszonymi ziołami. To jakby dodać kostkę rosołową do dania. Skąd ten nagły przypływ polskiej szkoły gotowania? Skąd ten dziwaczny zestaw warzyw? Tym bardziej było przykro patrzeć, że obok na talerzu spoczywała całkiem niezła pierś kaczki, z domowej roboty podpiekanymi ziemniakami - nierówno pokrojonymi, jak należy, i diablo smacznymi.
Zapiliśmy to kawą (w karcie napisano: "sprzedawana wraz z zakąską gastronomiczną, cena za zestaw"), zadumani. Bo werdykt jest taki: dwie stówy za kolację z jednym kieliszkiem wina, dania przeważnie smaczne i ładnie podane. Ale jadało się w Krakowie dania podane wspaniale i z większą ikrą przygotowane. Ale po cichu wyznaję, że bardzo lubię ten koncept wiedeński, tę ideę wałkonienia się przez cała dobę w lokalu, który w zależności od potrzeb jest kawiarnią lub restauracją. Przymykam więc oko na wpadki.
Europejska, Rynek Główny 35
Dwie osoby, 202 zł. Cóż: drogo.
Minęły liczne pięciolatki, w Europejskiej znalazłem się jeszcze parę razy: ciemnym drewnem obudowana, dostojna, sprawiająca wrażenie może wiedeńskiej, może londyńskiej knajpy, kawiarni do spędzania bożego dnia nad gazetą i kawą. Chodziło się rzadko, ze względu na ceny nie z tej ziemi. Ale takie rzadkie wizyty utrwalają mit, i im rzadziej się chodziło, tym częściej się powiadało - "a może warto byłoby na obiad skoczyć?". I się jednak nie wpadało na ten obiad, wychodząc z założenia, że są miejsca milsze, lepsze, że są miejsca nowsze i ciekawsze. A Europejska stała, czekała, a Europejska żyła własnym życiem, przyjmowała turystów dewizowych i niedewizowych, Europejska trwała w tapetach w pionowe paski i kotarach. Trwała w dość krzykliwej, dywanowej wykładzinie - snują się pod nogami czerwone kwiaty na trawiastozielonym tle, aż można dostać zawrotu głowy. Takie to wszystko jakieś trochę nieprawdziwe, udawane, ale jednak fason trzyma.
Aż nadszedł ten dzień. Stanęliśmy w drzwiach i było pełno. Ludzie siedzieli, pili herbaty, pili kawy, wsuwali ciasteczka - a do jedzenia trzeba było przejść do tylnej sali. Przy stoliku obok same Szwedki, roześmiane, wspomagające radość kolacji winem. Jednym, drugim, trzecim, i tak po kolei (gdyby nie to, że wino piły, powiedziałbym, że to Polacy). Wiecie, szanowne, szanowni, jak to jest, kiedy się patrzy na ludzi jedzących i przy tym wesołych; kiedy im się zagląda w talerze, a na tych talerzach płaty mięsa przepiękne, a na nich kartofle i sałaty. Otóż wtedy bardzo, ale to bardzo chce się jeść.
Karta zakładu jest taka raczej polsko-europejska - Europejczyk znajdzie coś dla siebie, wzbogacony Polak też się na coś skusi. Kelnerka pojawiła się natychmiast, karty wręczyła i - to rzadkość u nas - ze zrozumieniem nazwy wina nie miała kłopotów. Po prostu zanotowała sobie i poszła. (I nie doszło do najmniejszej pomyłki). Zauważyła plamkę na nożu, przeprosiła, zaraz nowy nóż podała. Brawo, kelnerka, powiedziałem sobie, daje radę, szybka, sprawna, przećwiczona; radość była patrzeć.
Przyszła pora na jedzenie. Carpaccio wołowe to była wielka porcja na wielgachnym talerzu, i na dodatek obsypane ku mej radości kaparami i płatkami parmezanu, ustrojone rukolą, kiełkami, posypane cebulą skrojoną na puch - słowem, delikatnie doostrzone mięso, bo wiadomo, surowa wołowina bywa dość blada w smaku. A tu wszystko było w zgodzie ze sobą, i radość była patrzeć, bo ładnie podane surowe mięso to zawsze jest szczęście. No, wesolutko tam się działo, i wyjadaliśmy sobie nawzajem z talerzy. Bo mojej towarzyszce podano krewetki z cukinią; były też pomidorki koktajlowe, i masło czosnkowe piękną żółcienią oblewało danie. Pięknie by było, gdyby nie rozmaryn, który zdobił talerz: krewetki, wiadomo, delikatne są nad wyraz, tak jak i cukinia smażona - a rozmaryn bucha w nozdrza, rozmaryn dobry jest do mięs ciężkich; więc dążenie do wzrokowego piękna zepsuło wrażenia nosowe. Poza tym jednak felerem jadło się jednak bardzo przyjemnie, krewetki ułożono bardzo dbale.
A przy sąsiednich stolikach na całego szły rozmowy, jakiś pan emablował panią wyznaniami o psie, ona odpowiadała mu tym samym (i, nie uwierzycie, raczyli się winem do tej kolacji poświęconej czworonogom). Szwedki szły równym tempem, wytarły usta po przystawkach i zaatakowały kolejną butelkę oraz dania drugie; przyszli Niemcy, i przez chwilę zabawili w lokalu Anglicy, i też wsuwali, i też alkohole pili. Naród nasz był w zdecydowanej mniejszości: psia para i my dwoje, niejako z obowiązku i przypadkowo. To jest już taki tik nerwowy, że w lokalach się rozglądam i liczę. Im wyższa półka, im centrum bliżej - tym częściej już na wejściu obsługa zwraca się do mnie w języku obcym. Nie dlatego jednak, że taki lordowski mam wygląd, choć w chwilach zaćmienia się oczywiście łudzę, że tak - tylko z doświadczenia, po prostu: klient rzadko bywa tam rodakiem. To mi się bardzo, ale to bardzo nie podoba. (Uważam jednak, że Kartagina powinna zostać zburzona. Sprawdźcie sobie, młodzieży, w internecie, co znaczą te tajemnicze słowa).
Na drugie podano skoki królicze w sosie śmietanowym. To rzecz prosta, ale skuteczna w swej prostocie. Takie mięso, które nie każdy lubi, bo choć białe, to pełne wyrazu, aromatyczne. Upieczone było pięknie, było delikatne, ale o lata świetlne od suchości. A jednak, zlituj się Panie Boże... Bo do tego królika dodano warzywa. Cytuję: całkiem rozgotowane ziemniaczki, marchewkę miniaturkę, brokuły, kalafior (a mamy, niestety, przednówek, i na miejscu byłyby zupełnie inne warzywa, zimowe) - posypano to wszystko suszonymi ziołami. To jakby dodać kostkę rosołową do dania. Skąd ten nagły przypływ polskiej szkoły gotowania? Skąd ten dziwaczny zestaw warzyw? Tym bardziej było przykro patrzeć, że obok na talerzu spoczywała całkiem niezła pierś kaczki, z domowej roboty podpiekanymi ziemniakami - nierówno pokrojonymi, jak należy, i diablo smacznymi.
Zapiliśmy to kawą (w karcie napisano: "sprzedawana wraz z zakąską gastronomiczną, cena za zestaw"), zadumani. Bo werdykt jest taki: dwie stówy za kolację z jednym kieliszkiem wina, dania przeważnie smaczne i ładnie podane. Ale jadało się w Krakowie dania podane wspaniale i z większą ikrą przygotowane. Ale po cichu wyznaję, że bardzo lubię ten koncept wiedeński, tę ideę wałkonienia się przez cała dobę w lokalu, który w zależności od potrzeb jest kawiarnią lub restauracją. Przymykam więc oko na wpadki.
Europejska, Rynek Główny 35
Dwie osoby, 202 zł. Cóż: drogo.
- 6 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów
-
Piękne jest jednak nasze miasto
paulino0
15.04.11, 19:10
Pan recenzent w wyjatkowo dobrym nastroju! I troszkę o historii»
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





