Mięta. Niespełnione
14.04.2011
, aktualizacja: 14.04.2011 15:25
Są różne ulice obok mojego domu. (I nie o mój dom tu chodzi, tylko o wasze miasto, więc posłuchajcie). Jest choćby ulica Szewska - wiem, już kiedyś o niej pisałem, ale warto sobie przypomnieć.
ZOBACZ TAKŻE
- Studio Qulinarne i żółta kartka dla Yellow Doga (13-05-11, 13:00)
- Winoman: Wina z innej beczki (06-05-11, 09:00)
- Yellow Dog: Lepsze czasy na Krupniczej (29-04-11, 09:00)
- Wielkie żarcie Nowickiego. Ambasada Śledzia (21-04-11, 22:28)
- Europejska. Cesarsko-królewska strona Krakowa (08-04-11, 09:00)
- Wielkie żarcie Nowickiego. Wzorzec sklepu (01-04-11, 06:00)
- Alarm w sprawie Kleparza (25-03-11, 06:00)
- Restauracja Srebrna Góra. Buda przy drodze (18-03-11, 06:00)
Szedłem nią znów pewnej nocy, ostatnio, wracałem zadowolony do domu, w nadziei, że Szewska ukaże się w całym swym pięknie, jak, nie przymierzając, z wiersza poety Zagajewskiego. Wchodzę od Rynku, a tu wrzaski, a tu obrzyganie co krok, asfalt znaczą pawie we wszystkich kolorach tęczy. Pod "Gazetą Wyborczą" siedzą ludzie na chodniku, inni leżą, a spodem mocz im płynie, a dziewczęta walczą, kudły sobie wyrywają, i wrzeszczą przy tym różne wyzwiska - że ta druga to kurwa, a to że ta pierwsza to coś związanego z drogami moczopłciowymi. Między rzygami a zdechłymi mieszkańcami królewskiego grodu spoczywają resztki kebabów, których pijana ręka nie jest już w stanie utrzymać, a do gęby się cały nie zmieści. Wchodzę na Planty: sikają dziewczyny, sikają chłopaki, ktoś się bije na pięści, na serio, do krwi ostatniej. (Za dnia jest spokojniej, obdartusy śmierdzące zaczepiają tylko co krok, leżą na ławkach, śmierdzi, a ja mam ochotę uciekać z tego kraju).
Albo uliczki na wpół martwe, te wszystkie Loretańskie, Jabłonowskich, gdzie - choć do Rynku dwa kroki - nie dzieje się nic, tylko spokojnie odpada sobie tynk. Przejdą zadumani strażnicy miejscy, zadrą głowy, poślinią długopis i zapisują: odpada tynk. I co? I jest zapisane, na wieczną rzeczy pamiątkę. I spokój jest, tylko płat muru odpadnie czasem z szelestem, a czasem runie z impetem w dół, żeby poranić lśniące ciało samochodu. Ale żeby handel jakiś, żeby usługi? Nieee, to nie jest w typie tych ulic. Sklep się znajdzie od czasu do czasu, ale to żadne tam wielkie galerie, żadne gorące towary: ot, sklep bezludny i tyle.
I jest wreszcie ulica Krupnicza, o której też już pisałem. Przechodnia, zawsze ludzi pełna. Ulica, na której do niedawna jeszcze niemal nic nie było, a teraz się zaczęło szaleństwo. Do knajp, które już tu wymieniałem, wciąż dochodzą nowe - jedna jest jeszcze w powijakach, przechodzę dzień w dzień obok jej witryny; a tam albo montaż lampy, albo wielkie pucowanie, albo już kwiaty na stołach widzę - ale drzwi wciąż zamknięte. Druga knajpa buchnęła znienacka - powiedział kolega, że się otwarła Mięta. W miejscu, które zazdrość budzi, mówiąc szczerze: na rogu Szujskiego, taka cofnięta kamienica, między Krupniczą a budynkiem jest ogród (no, był właściwie. Teraz cały już pokryty deskami, będzie ogródek restauracyjny). To jest - myślałem sobie o tym miejscu dawno temu - wymarzony punkt na restaurację luksusową. Nie bardzo na widoku, ale w centrum. Z ogrodem. Z majestatem. Z niezłym widokiem. Z oknami przede wszystkim, nie w żadnej piwnicy.
Więc jak kolega powiedział, że jest ta Mięta, to poszedłem od razu. Potem poszedłem znów, tak się złożyło, i raz jeszcze. Dobrze więc wiem, jak tam jest. Przede wszystkim zaskoczenie: wnętrze jest takie, jakich widziałem tysiące. Właściwie nijakie, choć nic wielkiego zarzucić mu nie można. Jakieś zdjęcia z Włoch na ścianach, jakieś firany, które przywodzą na myśl bar wegetariański Vega (bo oni tam zawsze mieli pociąg do szydełkowych robótek). W kącie leży narąbane drewno, o tyle konieczne, że w sali stoi piec do pizzy (i w dni cieplejsze facet od pizzy, widziałem na własne oczy, w krótkich gaciach, w wymiętolonym podkoszulku, po to drewno zasuwa. Kiedy chłodniej, bywa lepiej odziany). Stolików sporo, ale dużo przestrzeni. Znów przychodzi na myśl, że świetnie by się tu czuła luksusowa knajpa... Ale nie narzekam, bo w karcie jest sporo rzeczy, na które mam ochotę.
Na przykład, szanowne, szanowni, mezze albo tapasy, czyli zakąski. Jak zwał, tak zwał, grunt, że się dostaje niewielkie porcyjki różnych rzeczy, i to się w sumie zbiera na wielkie danie. Wzięliśmy to sobie na dwoje, i dzielnie wyżeraliśmy z pojemniczków. Była tam sałatka ziemniaczana z musztardowym sosem, niczego sobie, choć niepowalająca. Złego słowa jednak na nią nie powiem, bo ziemniaki lubię. Była fasolka doprawiona miętą - zestaw bardzo przyjemny, bo nudzie zwykłej fasolki należy się przeciwstawiać - wszystko, co świeże, ostre, co cytrynowe fasolkę znakomicie podkręca i dodaje jej mocy. Następnie rzecz szalenie delikatna, aż kremowa - placuszki z cukinii, rozpływające się w ustach; przy nich ziemniaczane to wiejski kuzyn. Bardzo takie lubię; dodano do nich sos niezgrabnie udający tzatziki. No, ale jeśli zapomnieć o nazewnictwie, to było bardzo smaczne danie. Była jeszcze grillowana cukinia marynowana w oliwie, z miętowym dodatkiem, była marynowana pieczona papryka w różnych kolorach (tej zrobiłoby lepiej, gdyby pozbawiono ją skórki). Całość podają w Mięcie z grillowanym chlebem, i jest to posiłek akurat dla dwojga, pod gadanie, pod częstowanie się wciąż na nowo, czyli właśnie tak, jak lubię.
Jedliśmy też stek wołowy z mnóstwem dodatków, całkiem przyjemny - ale raczej z tych, które się pamięta, bo na talerzu dużo jedzenia, a nie dlatego, że taki wybitny. Innym znów razem zamówiliśmy makaron, spaghetti alla putanesca - i był to makaron obarczony każdym polskim błędem makaronowym. Ten makaron ma być słony, bo jest robiony na bazie anchois, ma być ostry od papryki, a do tego czosnkowy. Niezbyt wykwintne, ale aromatyczne, silne danie. A tu mało zapachu, żadnej ostrości (wiadomo, nasza narodowa choroba), anchois ani śladu. No i sosu więcej niż makaronu, żegnaj marzenie o dobrej kuchni. Skusiłem się jeszcze na pizzę Mare e Monti - na placku pożenione owoce morza i grzyby. Jedno i drugie bezgranicznie lubię; a jednak nie była dobra ta pizza. Za dużo wszystkiego, smaki z mrożonki, już mdłe; wolałbym zjeść chleb z masłem.
Na koniec wzięliśmy po kawie. To zawsze poprawia humor. I niespodzianka: w tym miejscu, które wiele obiecuje (bo kamienica, bo ulica), dostaliśmy kawę ohydną, gorzką, cierpką. To było jak wspomnienie kawy sprzed wielu lat, to było jak gorzki owoc przeszłości, pity z fusami. Zapamiętajcie - w Mięcie dają MK Cafe!
Mam nadzieję, że kuchnia będzie tu kiedyś lepsza.
Mięta Restobar, ul. Szujskiego 1/1 (ale jest i brama od Krupniczej)
Kolacja dla dwojga - od 80 do 120 zł
Albo uliczki na wpół martwe, te wszystkie Loretańskie, Jabłonowskich, gdzie - choć do Rynku dwa kroki - nie dzieje się nic, tylko spokojnie odpada sobie tynk. Przejdą zadumani strażnicy miejscy, zadrą głowy, poślinią długopis i zapisują: odpada tynk. I co? I jest zapisane, na wieczną rzeczy pamiątkę. I spokój jest, tylko płat muru odpadnie czasem z szelestem, a czasem runie z impetem w dół, żeby poranić lśniące ciało samochodu. Ale żeby handel jakiś, żeby usługi? Nieee, to nie jest w typie tych ulic. Sklep się znajdzie od czasu do czasu, ale to żadne tam wielkie galerie, żadne gorące towary: ot, sklep bezludny i tyle.
I jest wreszcie ulica Krupnicza, o której też już pisałem. Przechodnia, zawsze ludzi pełna. Ulica, na której do niedawna jeszcze niemal nic nie było, a teraz się zaczęło szaleństwo. Do knajp, które już tu wymieniałem, wciąż dochodzą nowe - jedna jest jeszcze w powijakach, przechodzę dzień w dzień obok jej witryny; a tam albo montaż lampy, albo wielkie pucowanie, albo już kwiaty na stołach widzę - ale drzwi wciąż zamknięte. Druga knajpa buchnęła znienacka - powiedział kolega, że się otwarła Mięta. W miejscu, które zazdrość budzi, mówiąc szczerze: na rogu Szujskiego, taka cofnięta kamienica, między Krupniczą a budynkiem jest ogród (no, był właściwie. Teraz cały już pokryty deskami, będzie ogródek restauracyjny). To jest - myślałem sobie o tym miejscu dawno temu - wymarzony punkt na restaurację luksusową. Nie bardzo na widoku, ale w centrum. Z ogrodem. Z majestatem. Z niezłym widokiem. Z oknami przede wszystkim, nie w żadnej piwnicy.
Więc jak kolega powiedział, że jest ta Mięta, to poszedłem od razu. Potem poszedłem znów, tak się złożyło, i raz jeszcze. Dobrze więc wiem, jak tam jest. Przede wszystkim zaskoczenie: wnętrze jest takie, jakich widziałem tysiące. Właściwie nijakie, choć nic wielkiego zarzucić mu nie można. Jakieś zdjęcia z Włoch na ścianach, jakieś firany, które przywodzą na myśl bar wegetariański Vega (bo oni tam zawsze mieli pociąg do szydełkowych robótek). W kącie leży narąbane drewno, o tyle konieczne, że w sali stoi piec do pizzy (i w dni cieplejsze facet od pizzy, widziałem na własne oczy, w krótkich gaciach, w wymiętolonym podkoszulku, po to drewno zasuwa. Kiedy chłodniej, bywa lepiej odziany). Stolików sporo, ale dużo przestrzeni. Znów przychodzi na myśl, że świetnie by się tu czuła luksusowa knajpa... Ale nie narzekam, bo w karcie jest sporo rzeczy, na które mam ochotę.
Na przykład, szanowne, szanowni, mezze albo tapasy, czyli zakąski. Jak zwał, tak zwał, grunt, że się dostaje niewielkie porcyjki różnych rzeczy, i to się w sumie zbiera na wielkie danie. Wzięliśmy to sobie na dwoje, i dzielnie wyżeraliśmy z pojemniczków. Była tam sałatka ziemniaczana z musztardowym sosem, niczego sobie, choć niepowalająca. Złego słowa jednak na nią nie powiem, bo ziemniaki lubię. Była fasolka doprawiona miętą - zestaw bardzo przyjemny, bo nudzie zwykłej fasolki należy się przeciwstawiać - wszystko, co świeże, ostre, co cytrynowe fasolkę znakomicie podkręca i dodaje jej mocy. Następnie rzecz szalenie delikatna, aż kremowa - placuszki z cukinii, rozpływające się w ustach; przy nich ziemniaczane to wiejski kuzyn. Bardzo takie lubię; dodano do nich sos niezgrabnie udający tzatziki. No, ale jeśli zapomnieć o nazewnictwie, to było bardzo smaczne danie. Była jeszcze grillowana cukinia marynowana w oliwie, z miętowym dodatkiem, była marynowana pieczona papryka w różnych kolorach (tej zrobiłoby lepiej, gdyby pozbawiono ją skórki). Całość podają w Mięcie z grillowanym chlebem, i jest to posiłek akurat dla dwojga, pod gadanie, pod częstowanie się wciąż na nowo, czyli właśnie tak, jak lubię.
Jedliśmy też stek wołowy z mnóstwem dodatków, całkiem przyjemny - ale raczej z tych, które się pamięta, bo na talerzu dużo jedzenia, a nie dlatego, że taki wybitny. Innym znów razem zamówiliśmy makaron, spaghetti alla putanesca - i był to makaron obarczony każdym polskim błędem makaronowym. Ten makaron ma być słony, bo jest robiony na bazie anchois, ma być ostry od papryki, a do tego czosnkowy. Niezbyt wykwintne, ale aromatyczne, silne danie. A tu mało zapachu, żadnej ostrości (wiadomo, nasza narodowa choroba), anchois ani śladu. No i sosu więcej niż makaronu, żegnaj marzenie o dobrej kuchni. Skusiłem się jeszcze na pizzę Mare e Monti - na placku pożenione owoce morza i grzyby. Jedno i drugie bezgranicznie lubię; a jednak nie była dobra ta pizza. Za dużo wszystkiego, smaki z mrożonki, już mdłe; wolałbym zjeść chleb z masłem.
Na koniec wzięliśmy po kawie. To zawsze poprawia humor. I niespodzianka: w tym miejscu, które wiele obiecuje (bo kamienica, bo ulica), dostaliśmy kawę ohydną, gorzką, cierpką. To było jak wspomnienie kawy sprzed wielu lat, to było jak gorzki owoc przeszłości, pity z fusami. Zapamiętajcie - w Mięcie dają MK Cafe!
Mam nadzieję, że kuchnia będzie tu kiedyś lepsza.
Mięta Restobar, ul. Szujskiego 1/1 (ale jest i brama od Krupniczej)
Kolacja dla dwojga - od 80 do 120 zł
- 13 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
-
Mięta. Niespełnione
kabanos84
18.04.11, 23:12
Bardzo trafny opis "przechadzki" po Szewskiej!»
-
Raz się zdarzyło i
oldtime
25.04.11, 05:24
Polędwiczki wieprzowe w sosie borowikowym. Były... jednym słowem dobre. A przy tym ogromne zaskoczenie - gigantyczne, jak na nasze warunki, porcje. Koleżanka wzięła jakąś "małą porcję" »
-
Mezze
paulino0
13.06.11, 21:05
Zachęcony recenzją wybrałem się na mezze. Marzył nam się taki późny brunch, wałśnie przekąski i dobre winko. Nie wyszło fajnie. Mezedes nie powaliły - jakoś Szefowi Kuchni brakuje »
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]





