Yellow Dog: Lepsze czasy na Krupniczej

WOJCIECH NOWICKI
29.04.2011 , aktualizacja: 28.04.2011 21:40
A A A Drukuj
Z największą radością obserwuję nie pojedynczych knajp powstawanie, ale przeistaczanie się wielkich połaci miasta. Jak wtedy, kiedy jest jakaś ulica, plac, dzielnica - wydawałoby się zupełnie do niczego - a tu raptem wyrasta bar, restauracja, potem następne, i następne, i tak bez końca. I następny kawałek miasta jest oswojony, służy ludziom, jest mój i wasz, ku naszej radości.
Wielkie Żarcie Wojciecha Nowickiego
Wielkie Żarcie Wojciecha Nowickiego
To się jednak rzadko zdarza. Wiadomo, w naszych spokojnych czasach prym wiodą banki i odzież używana. W ulicach położonych nieco dalej od głównych arterii powstają sklepy elektryczne, wędkarskie, hurtownie tkanin albo zoologiczne. Z knajpami gorzej. Bierze się to stąd - tak mniemam - że jesteśmy (jako wspólnota, społeczność, tu, w Krakowie) nieco maniakalni. Centrum, i tylko centrum nas interesuje. Po co - powiada nam nasze leniwe ja - mielibyśmy iść na jakieś zadupie (a zadupie w Krakowie to miejsce za rogiem), skoro przecież w Rynku naszym Głównym posiadamy moc restauracji niejednokrotnie sprawdzonych. U Zdzicha choćby, tę restaurację turpistyczną, modelowo wieśniacką i arcypolską; albo restaurację Media Aetas, z żubrem z plastiku w drzwiach, któremu pomysłowa rączka zawiesiła menu na rogu; albo też restaurację Podwórko Maryny, która - biorąc pod uwagę wystrój - powinna się nazywać Chlew Maryny. Są to wszystko bardzo nieprzyjemne miejsca, i od lat działające, i od lat cieszące się sympatią klienteli.

Zakładanie gastronomicznego biznesu z dala od ludzkiego oka bywa więc w naszym mieście zajęciem samobójczym. Ale ja lubię upartych ludzi, którzy wiedzą lepiej od innych, mają świadomość, do czego zmierzają - i którzy robią wszystko po swojemu. Tacy właśnie ludzie, raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem zbudowali potęgę kulinarną ulicy Krupniczej. Do całej listy knajp doszedł nowy adres. I, ku memu najwyższemu zdumieniu, nie jest to ani knajpa włoska, ani bar z pierogami i piwem, ani nawet pub z dziewojami z solarki - tylko najprawdziwsza restauracja, ascetycznie skrojona, oszczędna. I wschodnia. Nazywa się Yellow Dog.

Kiedy to piszę, dochodzi północ. Właśnie stamtąd wróciłem. Piję mocną herbatę, bo jestem potężnie obżarty. Jestem obżarty, bo rzuciłem okiem na kartę i nie mogłem przestać jeść. (Problem ten dotyczył zresztą wszystkich zgromadzonych przy moim stoliku.) A kiedy już zjadłem, to pojawiła się myśl nieśmiała (nieśmiała, bo niedorzeczna) o deserze. Zamówiłem deser, choć zwykle tego nie robię. A potem jedliśmy ten deser we troje, nie z musu przecież, tylko dlatego, że był boski. A potem zapłaciłem rachunek, a rachunek okazał się śmiesznie niski - i wiedziałem już, że nici z tekstu, który już był prawie napisany. Bo byłoby grzechem czekać. Muszę wam opowiedzieć od razu, jak bardzo było mi dobrze.

Wiecie przecież, że jedzenie wschodnie można w Krakowie znaleźć. W Kurze na przykład, znakomite; albo takie trochę mniej klasyczne w Edo Fusion. Jest jeden problem: o ile nie żyjecie na bardzo wysokiej stopie, te restauracje nie są dla was. W każdym razie nie na co dzień. Nie co drugi dzień nawet. Są raczej od wielkiego dzwonu, i bardzo dobrze, bo nie codziennie jest święto. Choć jeśli znacie takie miasta jak, bo ja wiem, Londyn - to wiecie, że japońskie, koreańskie czy tajskie jedzenie nie musi być wcale drogie. W Yellow Dog to rozumieją.

Na przystawki wzięliśmy rolki w dwóch odmianach. Pierwsze wietnamskie: białe, delikatne nem, zawinięte w makaron papier ryżowy, chrupiące i świeże, wypełnione kolendrą, krewetkami, sałatą, ryżowym makaronem - a do tego ciemny i gęsty sos. Drugie rolki - popiah masala, ich przeciwieństwo: smażone na złocisty kolor; pod chrupkim ciastem wnętrze podobne do indyjskiej samosy, z ziemniaczaną masą zaprawioną kurkumą, z dodatkiem groszku, marchewki, cebuli. Danie bardzo delikatne; świeższych aromatów dodaje mu dip - sos jogurtowy doprawiony zieleniną. Opis w karcie idzie tak: "W latach osiemdziesiątych często serwowane na przyjęciach urodzinowych w Singapurze. Kulinarny oldschool". Płynie stąd nauka, że oldschool jednych może stać się odkryciem dla drugich. Verdict? Obie wersje znakomite.

W radosnym nastroju przeszliśmy do drugich. Wonton mee - właścicielka otaksowała wzrokiem osóbkę zamawiającą, i stwierdziła, że może by tak wziąć połowę... Połowa nadal była duża. W misce był bulion, powalający delikatnością, pierożki wonton z nadzieniem kurczakowo-krewetkowym; a do tego makaron jajeczny, z tych bardzo cienkich, i marchewka. A żeby trochę podkręcić i smak, i aromat - odrobina dymki posiekanej i zielona kolendra. To jest danie, do którego nie trzeba przekonywać. Łączy nasze ulubione smaki ze smakami z zupełnie innej kulinarnej planety. Boże, na sąsiedniej ulicy!

Obok stała miska z daniem ciemnym, intensywnym: horfun się nazywa. Makaron ryżowy w sosie grzybowo-jajecznym, do tego zaprawione na grzybowo tofu, i grzyby shiitake. Wielka micha jedzenia, nareszcie prawdziwego wegetariańskiego; dziwi mnie niepomiernie, że znaleźć je można niemal wyłącznie w restauracjach niewegetariańskich. Wreszcie laksa lemak: z karty można się dowiedzieć, że to jedzenie chińskich emigrantów, osiadłych w Singapurze, Malezji i Indonezji. Pożywny jednogarnkowiec, napełniający siłą, o rozkwitających smakach. Wszystko w nim jest: kulki rybne - wyglądają jakby były z ciasta, ale emanuje z nich aromat ryby; do tego krewetki (dostałem rybę, bo krewetek już zabrakło - i byłem bardzo z tej zamiany zadowolony); oraz makaron pszenny, i kiełki, i tofu, i jajko, wszystko we wspaniałym sosie, łączącym ostrawe tony na bazie chili z mlekiem kokosowym. Na deser zjedliśmy smażone lody - no, byłbym świnia, gdybym tu opowiedział o nich. Sami lepiej spróbujcie. Będziecie mieli lepszą zabawę.

Nie będę się tu mądrzył jakoś szczególnie, bo nie ma po co. Znakomite, aromatyczne jedzenie z Singapuru, Wietnamu, Chin, Japonii etc.; kucharz Singapurczyk; proste, pełne przestrzeni wnętrze. Żegnajcie, restauracje okoliczne, do których chodziłem czasem. Z musu chodziłem, z konieczności. Teraz mam miejsce pod domem, gdzie mogę chodzić z radością. Jedno z najlepszych miejsc w Krakowie (Cicho wypowiadam nadzieję, że właściciele zdołają utrzymać ceny).

Dwie przystawki, dwa i pół dania głównego, jeden deser, dwa napoje (doskonałe i zabawne), herbata: 93 złote. Na obiad można zjeść michę (pyszną i zapychającą) już za 16 złotych. Chce się żyć.

Yellow Dog, ul. Krupnicza 9

Podziel się

  • 14 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów

  • Yellow Dog: Revisited jop 11.07.11, 20:14

    Odwiedziliśmy po raz drugi i oto wrażenia.Pusto. Byliśmy w niedzielne popołudnie, czyli w porze i dniu, kiedy próba wbicia się bez rezerwacji do Zazie wywołuje najwyżej uśmiech politowania »

Reklama

Katalog Ofert Deweloperskich Kraków

Znajdź ofertę dla siebie

Serwis specjalny

Wyjątkowa Małopolska

Poznaj niezwykłe zakątki regionu