Mamy w biurku czyjeś wspomnienia
2008-05-22
, aktualizacja: 22.05.2008 00:00
Drugi koniec świata, wzruszony głos w słuchawce: ?Macie fotografie, które były własnością mojego pradziadka? - na taki telefon czekaliśmy prawie rok. Nie zadzwonił.
ZOBACZ TAKŻE
- Photographs which survived Shoah (15-04-08, 12:27)
- Fotografie ocalałe z zagłady (21-06-07, 00:00)
GALERIA ZDJĘĆ
- Fotografie - cz. 2 (Photographs - album 2) (17-04-08, 12:52)
- Fotografie - cz. 1 (15-04-08, 13:09)
Debbie Raff uczy historii w małej kalifornijskiej miejscowości niedaleko Palm Springs. O naszej historii w kółko mówi, że jest "incredible" (niesamowita). Od marca - kiedy wysłaliśmy jej pierwszego maila - robi wszystko, by pomóc nam w poszukiwaniach. Skontaktowała się z dziesiątkami osób na całym świecie. Te porozsyłały wiadomości do swoich znajomych, a znajomi obiecali, że przekażą kolejnym. Wszystkich łączy jedno: mają nowosądeckie korzenie i są Żydami. To fotografie ich pradziadów, dziadów, babek, ciotek, matek, ojców... mogą leżeć teraz w szufladzie naszego biurka w krakowskiej redakcji.
Początek
Jest wiosna 2002 roku. Andrzej Zeitz, nowosądecki dentysta, kończy pracę i wychodzi przed przychodnię rejonową przy ul. Kazimierza Wielkiego w Nowym Sączu. W stojącym tuż przy bramie koszu na śmieci zauważa stare, przeżarte przez korniki ramy. Ledwo się tam mieściły. Spomiędzy nich wystaje gruby zwitek poklejonych gliną papierów. Kiedy Zeitz je wyciąga, rozpadają mu się w rękach. To dziesiątki starych fotografii, a na nich ludzie. Od razu orientuje się, że to Żydzi. Zabiera fotografie do domu. Leżą u niego nieruszone przez kilka lat. Kiedy sobie o nich przypomina, przekazuje koledze z Krakowa - Bogdanowi Likusowi, z zamiłowania malarzowi i rzeźbiarzowi.
Doprowadzanie zdjęć do porządku trwa długie tygodnie. Błoto czy krew? - zastanawia się Likus, ostrożnie ścierając z nich spirytusem brązowawy nalot. Wyłaniają się twarze pięknych kobiet. Po rozprostowaniu pomiętych odbitek na odwrotach daje się przeczytać dedykacje: Lala Birmanowa ("Na pamiątkę dla Uszera, 1 VII 1933"), Rózia ("Koledze - Koleżanka na wieczną pamiątkę, 3 V 1935"), Rachela ("Na pamiątkę ofiarowuje koledze, 21 V 1938"). Są też zdjęcia zbiorowe: "Przed wyjazdem Leszka Luikiera do Włoch, 10 I 1938", "Kurs instruktorski przed wyjazdem Majera Schwaira do Palestyny" (daty brak), "Na stacji przed wyjazdem Rózi Rosenberg do Palestyny, 16 X 1935". Wśród dziewcząt króluje Leika Gross. Zawsze roześmiana, zawsze otoczona gromadą wpatrzonych w nią jak w obrazek chłopaków. Jak na fotografii podpisanej: "Wakacje w Krościenku, 1 VIII - 16 VIII 1937".
Likus przekazuje nam fotografie. Prosi: - Zróbcie wszystko, by trafiły we właściwe ręce.
Pogubione puzzle życia
Rozpoczynamy poszukiwania. 22 czerwca 2007 roku drukujemy część zdjęć w krakowskim wydaniu "Gazety". Podajemy nazwiska, które udało nam się odczytać z podpisów: Janek Rottenberg, Wofl Schimmel, Sala Feder, Benek Brand, Regina Lustbach, Leika Gross, Bittner (imię niewyraźne), Majer Schwair, Rózia Rosenberg, Lala Birmanowa, Lingerowa (imię niewyraźne).
W poszukiwania angażuje się Archiwum Państwowe w Nowym Sączu. Dopiero po wydrukowaniu artykułu udaje się nam odszyfrować nazwisko chłopaka, któremu dziewczyny dedykują swoje podobizny. Jest on prawie na każdej fotografii. Młody, niewysoki, śniady, z burzą czarnych loków na głowie. Bardzo przystojny. To Uscher Wagschal. Prawdopodobieństwo, że zdjęcia, które trzymamy teraz w biurku, należały do niego, graniczy z pewnością.
Kontaktujemy się z nowosądeckim archiwum. - Tak, Wagschale żyli w Nowym Sączu - dzwoni do nas uradowany Sylwester Rękas, kierownik. Wśród członków rodziny (imiona wszystkich odnajdujemy na listach wyborców z 1938 roku) jest też Uscher.
Urodził się w 1913 roku. Jego matka, Scheindel, pochodziła z Rzeszowa, ojciec Mendel - z Niska. Późną jesienią 1911 roku wzięli ślub w Nowym Sączu. Jeszcze w tym samym roku na świat przyszedł brat Uschera - Naftali. Rodzice wiązali z nim wielkie nadzieje. Chcieli, by został rabinem, i wysłali go do szkoły talmudycznej. Śladów pobytu samego Uschera w szkołach nie znaleźliśmy.
Rękas: - Nie znaczy to, że do szkoły nie chodził. Po prostu akta są niekompletne. Katalogi uczniów i ich świadectwa są dziurawe. Mamy pecha, bo dziura przypada akurat na te lata, kiedy chłopak się uczył.
Inne dokumenty, w których spodziewamy się znaleźć jakiekolwiek informacje o rodzinie naszego bohatera, też nie ułatwiają nam sprawy.
W pochodzącym z 1938 roku spisie osób uprawnionych do głosowania w wyborach do Sejmu przy rodzinie Wagschali pojawia się też Fryma - z adnotacją, że mieszka przy ojcu Mendlu. Z akt wynika, że Fryma urodziła się w 1909 roku, a więc dwa lata przed ślubem rodziców. Była nieślubnym dzieckiem? A może Mendel, zanim poślubił matkę Uschera, miał inną żonę - matkę Frymy?
Kolejna zagadka: od kiedy rodzice Uschera żyli w Nowym Sączu? Datę i miejsce ich ślubu (właśnie Nowy Sącz) znamy z akt urodzenia najmłodszej siostry Uschera - Racheli. Jak te informacje mają się do informacji z list wyborców, że rodzina Wagschali mieszka w mieście od 1935 roku?
- Obywali się wcześniej bez meldunku. To jedyne wytłumaczenie - mówi Rękas.
Klisze z uśmiechami
Czasy przed II wojną światową. Nowy Sącz, kamienica przy Rynku 13. To tutaj żyje rodzina Wagschali. Ojciec, matka, czwórka rodzeństwa i - najstarsza ze wszystkich ciotka - Gitel. Tego, że mieszka przy bracie, również dowiadujemy się z list wyborców - nieocenionego źródła w naszych poszukiwaniach.
Ojciec Uschera był kupcem. Prowadził sklep z towarami kolonialnymi przy ul. Kazimierza. W czasie okupacji będzie nieustannie nękany przez Niemców pod pretekstem wykroczeń sanitarnych. O nakładanych na niego karach czytamy w wykazie osób skazanych na areszt lub grzywnę za przekroczenia administracyjne w latach 1940-43. Płaci kary: 50 zł, 150 zł...
Ale wojna dopiero przed nami. Rodzina Wagschali najprawdopodobniej żyje dość dostatnio. Uscher spędza co roku wakacje z przyjaciółmi w Krościenku, jeździ do Krynicy - do Patrii. Ma świetny jak na tamte czasy rower - kolarzówkę. Latem przemierza nią nawet ulice Nowego Targu, odległego o 80 km od Nowego Sącza. Jesienią, opatulony w dobrze skrojony płaszcz, z modnym kapeluszem na głowie, spotyka się w kolegami na nowosądeckich plantach. O takim życiu opowiadają fotografie. Czy takie było aż do wybuchu wojny? Nie wiemy.
Nie wiemy również w szczegółach, co działo się potem. Czy rodzina Wagschali przeżyła w Nowym Sączu tragiczną noc 29 kwietnia 1942 roku, kiedy zabito 400 Żydów? Czy w ogóle komuś z nich udało się przeżyć wojnę?
Początek
Jest wiosna 2002 roku. Andrzej Zeitz, nowosądecki dentysta, kończy pracę i wychodzi przed przychodnię rejonową przy ul. Kazimierza Wielkiego w Nowym Sączu. W stojącym tuż przy bramie koszu na śmieci zauważa stare, przeżarte przez korniki ramy. Ledwo się tam mieściły. Spomiędzy nich wystaje gruby zwitek poklejonych gliną papierów. Kiedy Zeitz je wyciąga, rozpadają mu się w rękach. To dziesiątki starych fotografii, a na nich ludzie. Od razu orientuje się, że to Żydzi. Zabiera fotografie do domu. Leżą u niego nieruszone przez kilka lat. Kiedy sobie o nich przypomina, przekazuje koledze z Krakowa - Bogdanowi Likusowi, z zamiłowania malarzowi i rzeźbiarzowi.
Doprowadzanie zdjęć do porządku trwa długie tygodnie. Błoto czy krew? - zastanawia się Likus, ostrożnie ścierając z nich spirytusem brązowawy nalot. Wyłaniają się twarze pięknych kobiet. Po rozprostowaniu pomiętych odbitek na odwrotach daje się przeczytać dedykacje: Lala Birmanowa ("Na pamiątkę dla Uszera, 1 VII 1933"), Rózia ("Koledze - Koleżanka na wieczną pamiątkę, 3 V 1935"), Rachela ("Na pamiątkę ofiarowuje koledze, 21 V 1938"). Są też zdjęcia zbiorowe: "Przed wyjazdem Leszka Luikiera do Włoch, 10 I 1938", "Kurs instruktorski przed wyjazdem Majera Schwaira do Palestyny" (daty brak), "Na stacji przed wyjazdem Rózi Rosenberg do Palestyny, 16 X 1935". Wśród dziewcząt króluje Leika Gross. Zawsze roześmiana, zawsze otoczona gromadą wpatrzonych w nią jak w obrazek chłopaków. Jak na fotografii podpisanej: "Wakacje w Krościenku, 1 VIII - 16 VIII 1937".
Likus przekazuje nam fotografie. Prosi: - Zróbcie wszystko, by trafiły we właściwe ręce.
Pogubione puzzle życia
Rozpoczynamy poszukiwania. 22 czerwca 2007 roku drukujemy część zdjęć w krakowskim wydaniu "Gazety". Podajemy nazwiska, które udało nam się odczytać z podpisów: Janek Rottenberg, Wofl Schimmel, Sala Feder, Benek Brand, Regina Lustbach, Leika Gross, Bittner (imię niewyraźne), Majer Schwair, Rózia Rosenberg, Lala Birmanowa, Lingerowa (imię niewyraźne).
W poszukiwania angażuje się Archiwum Państwowe w Nowym Sączu. Dopiero po wydrukowaniu artykułu udaje się nam odszyfrować nazwisko chłopaka, któremu dziewczyny dedykują swoje podobizny. Jest on prawie na każdej fotografii. Młody, niewysoki, śniady, z burzą czarnych loków na głowie. Bardzo przystojny. To Uscher Wagschal. Prawdopodobieństwo, że zdjęcia, które trzymamy teraz w biurku, należały do niego, graniczy z pewnością.
Kontaktujemy się z nowosądeckim archiwum. - Tak, Wagschale żyli w Nowym Sączu - dzwoni do nas uradowany Sylwester Rękas, kierownik. Wśród członków rodziny (imiona wszystkich odnajdujemy na listach wyborców z 1938 roku) jest też Uscher.
Urodził się w 1913 roku. Jego matka, Scheindel, pochodziła z Rzeszowa, ojciec Mendel - z Niska. Późną jesienią 1911 roku wzięli ślub w Nowym Sączu. Jeszcze w tym samym roku na świat przyszedł brat Uschera - Naftali. Rodzice wiązali z nim wielkie nadzieje. Chcieli, by został rabinem, i wysłali go do szkoły talmudycznej. Śladów pobytu samego Uschera w szkołach nie znaleźliśmy.
Rękas: - Nie znaczy to, że do szkoły nie chodził. Po prostu akta są niekompletne. Katalogi uczniów i ich świadectwa są dziurawe. Mamy pecha, bo dziura przypada akurat na te lata, kiedy chłopak się uczył.
Inne dokumenty, w których spodziewamy się znaleźć jakiekolwiek informacje o rodzinie naszego bohatera, też nie ułatwiają nam sprawy.
W pochodzącym z 1938 roku spisie osób uprawnionych do głosowania w wyborach do Sejmu przy rodzinie Wagschali pojawia się też Fryma - z adnotacją, że mieszka przy ojcu Mendlu. Z akt wynika, że Fryma urodziła się w 1909 roku, a więc dwa lata przed ślubem rodziców. Była nieślubnym dzieckiem? A może Mendel, zanim poślubił matkę Uschera, miał inną żonę - matkę Frymy?
Kolejna zagadka: od kiedy rodzice Uschera żyli w Nowym Sączu? Datę i miejsce ich ślubu (właśnie Nowy Sącz) znamy z akt urodzenia najmłodszej siostry Uschera - Racheli. Jak te informacje mają się do informacji z list wyborców, że rodzina Wagschali mieszka w mieście od 1935 roku?
- Obywali się wcześniej bez meldunku. To jedyne wytłumaczenie - mówi Rękas.
Klisze z uśmiechami
Czasy przed II wojną światową. Nowy Sącz, kamienica przy Rynku 13. To tutaj żyje rodzina Wagschali. Ojciec, matka, czwórka rodzeństwa i - najstarsza ze wszystkich ciotka - Gitel. Tego, że mieszka przy bracie, również dowiadujemy się z list wyborców - nieocenionego źródła w naszych poszukiwaniach.
Ojciec Uschera był kupcem. Prowadził sklep z towarami kolonialnymi przy ul. Kazimierza. W czasie okupacji będzie nieustannie nękany przez Niemców pod pretekstem wykroczeń sanitarnych. O nakładanych na niego karach czytamy w wykazie osób skazanych na areszt lub grzywnę za przekroczenia administracyjne w latach 1940-43. Płaci kary: 50 zł, 150 zł...
Ale wojna dopiero przed nami. Rodzina Wagschali najprawdopodobniej żyje dość dostatnio. Uscher spędza co roku wakacje z przyjaciółmi w Krościenku, jeździ do Krynicy - do Patrii. Ma świetny jak na tamte czasy rower - kolarzówkę. Latem przemierza nią nawet ulice Nowego Targu, odległego o 80 km od Nowego Sącza. Jesienią, opatulony w dobrze skrojony płaszcz, z modnym kapeluszem na głowie, spotyka się w kolegami na nowosądeckich plantach. O takim życiu opowiadają fotografie. Czy takie było aż do wybuchu wojny? Nie wiemy.
Nie wiemy również w szczegółach, co działo się potem. Czy rodzina Wagschali przeżyła w Nowym Sączu tragiczną noc 29 kwietnia 1942 roku, kiedy zabito 400 Żydów? Czy w ogóle komuś z nich udało się przeżyć wojnę?
"To wasz taniec śmierci!" - krzyczały żony esesmanów i Heinrich Hamann, nadzorujący mordowanie Żydów. Przyprowadzonym na gestapo pod pretekstem sympatyzowania z organizacjami lewicowymi kazał tańczyć tuż przed rozstrzelaniem. Potem ze śpiewem na ustach pijani Niemcy przeszli ulicami getta. Wyważali drzwi domów, wybijali okna, wchodzili do środka i strzelali jak popadło. Ta noc była początkiem końca nowosądeckiego getta. Ostatecznie zostało zlikwidowane w 1943 roku. Ocalałych z pogromu wywieziono do obozu w Bełżcu.
Kibuc w internecie
Debbie Raff ma nowosądeckie korzenie. Do 1880 roku żyła w Nowym Sączu jej prababka. Potem przeprowadziła się na południową stronę Karpat, do słowackich Lipan (wtedy administracyjnie miejscowość należała do Węgier). Tam założyła rodzinę, której część wyemigrowała do Nowego Jorku.
W internecie - na yahoo.com - znajdujemy stronę Debbie. Na tej stronie kontaktują się ze sobą ludzie z całego świata szukający swoich żydowskich korzeni właśnie w Nowym Sączu. "Przyłączcie się. To jest darmowe. Nasza grupa ma około 180 członków, być może ktoś z nich rozpozna swoich krewnych" - zachęca nas Debbie w odpowiedzi na naszego pierwszego maila.
Tłumaczymy artykuł na angielski. Skanujemy zdjęcia i podczepiamy pod tekst. Podajemy adres naszej poczty elektronicznej. Od tej pory codziennie otrzymujemy po kilka maili. Piszą do nas Żydzi z całego świata. Wszyscy obiecują pomoc. Ofer Cohen z Jerozolimy miał - tak jak Debbie - w Nowym Sączu prababkę. Urodziła się w 1904 roku, ale wyemigrowała z rodziną, kiedy była jeszcze małą dziewczynką. Śle nasz tekst do grup dyskusyjnych skupiających Żydów, którzy w Nowym Sączu przeżyli wojnę, oraz tych, którzy wyjechali stamtąd przed jej wybuchem.
List od Debbie: "Droga Olgo, w Izraelu żyje Mordechai Lustig. Pamięta rodzinę Wagschali z Nowego Sącza! Niestety, nie ma dostępu do internetu".
Mordechai (Marcus) Lustig ostatni raz był w Nowy Sączu w ubiegłym roku. Mówi, że "przyjeżdża tu trochę pooddychać". Zamawia pokój zawsze w tym samych hotelu, by mieć widok na kamienicę, która przed wojną należała do jego pradziadka. Całą jego rodzinę w pamiętną kwietniową noc zamordowali hitlerowcy. On jeden ocalał. Gdy przyszli do nich, skrył się pod kocem. Z obozu koncentracyjnego w podkrakowskim Płaszowie wyciągnął go Oscar Schindler. Lustig miał wtedy 19 lat. Dziś ma 83 i może dlatego tak trudno rozpoznać mu ludzi na naszych zdjęciach. Bo choć nie ma w domu komputera i dzieli nas od siebie szmat drogi - w końcu je dostał! Znajomi znajomych, z którymi się kontaktujemy, zaprosili go do siebie do domu i pokazali nasz elektroniczny album.
Ale Lustig nikogo sobie nie przypomniał.
Hitler mnie ocalił
Ofer Cohen przesyła nam maila z linkiem na stronę Instytutu Yad Vashem.
Uscher Wagschal, syn Menakhema (odpowiednik Mendla), urodził się i żył w Nowym Sączu. Tam też zginął, data śmierci nieustalona. Takie świadectwo 10 czerwca 1957 roku złożyła w Instytucie Sara Veis, podająca się za krewną rodziny. Czy to nasz Uscher? W świadectwie czytamy, że urodził się w 1914 roku. Z list wyborców Nowego Sącza znamy jego inną datę urodzenia - 1913. Czy rok różnicy to pomyłka?
W wyszukiwarkę Yad Vashem wpisaliśmy imiona wszystkich znanych członków rodziny Uschera. Nie ma niczego na temat matki Scheindel, ciotki Gitel, sióstr Frymy, Rosy i Racheli. I żadnych danych o bracie Naftali.
Jest za to Mendel Wagschal! Zginął w obozie w Bełżcu (daty śmierci brak). Patrzymy na datę urodzenia: 1883 rok, Nisko. Wszystko się zgadza - to ojciec Uschera. Świadectwo jego życia w 1999 roku złożyła w Yad Vashem Sharlota Ashkenazi, siostrzenica. Debbie się nie poddaje. Przesyła nam maila od osoby, która bada losy rodziny Wagschal na całym świecie. Debbie: "Nie wiem, gdzie mieszka ani co robi. Ale niewykluczone, że bardzo nam pomoże i już niedługo będziemy wiedzieć więcej na temat fotografii". Badacz losów Wagschali obiecuje, że prześle artykuł ze zdjęciami do całego klanu. "Zbliża się święto Paschy i wygląda na to, że duża część rodziny będzie razem. Ze względu na święto mogą nie zaglądać do komputera, więc trzeba uzbroić się w cierpliwość" - prosi.
"Badacz" milczy do dziś. Nie odpowiada na nasze maile, nie wysyła swoich. Prosił o cierpliwość, ale nasza już się skończyła.
Wysyłamy tekst i zdjęcia do Yad Vashem. Chcemy się skontaktować ze świadkami, którzy złożyli świadectwa życia Uschera i jego ojca Mendela. Może przeczytają o naszych poszukiwaniach i się odezwą? Milczenie.
Nie mamy więc pewności, czy ktoś z Wagschali jeszcze żyje. Czy do kogoś z nich dotrzemy, by przekazać znalezione w koszu na śmieci fotografie?
Na internetowej stronie, którą założyła Debbie, co dzień przybywa wiadomości. "Próbuję dowiedzieć się czegoś więcej na temat rodziny Apotheker. Żyli w Bardejowie na Słowacji, ale wielu z nich pożeniło się i zostało w Nowym Sączu" - apeluje Jacob Rosen. Takich maili są dziesiątki. Ludzie są pewni nazwisk osób, które poszukują, znają ich historie, a i tak trudno im wpaść na właściwy trop.
A może nie wszyscy chcą zostać odszukani? Nie wszyscy chcą pamiętać? Avionoam Shmueli, jedna z korespondentek Debbie, pisze o historii swojej starej ciotki. Po wojnie wróciła do Nowego Sącza. Chciała odnaleźć kogokolwiek, kogo wcześniej znała. Choćby jednego człowieka, któremu kłaniała się na ulicy. Gdy stała pod swoim starym domem zatopiona we wspomnieniach, podszedł do niej sąsiad: "Kto cię ocalił?" - spytał ze zdumieniem. W tym zdumieniu nie było ani krzty radości, jedynie niedowierzanie. Ciotka opowiadała siostrzenicy tę historię z wielką goryczą.
"Adolf Hitler mnie ocalił. Dziękuję" - odrzekła sarkastycznie. Po tym zdarzeniu nigdy już do Polski nie wróciła. Wyszła za mąż za ocalałego z wojny nowosądeckiego Żyda i założyła szczęśliwą rodzinę w Izraelu. Jej mąż, Monek Anisfeld, nigdy nie wspomina wojny. Nie interesują go wspomnienia innych, nie szuka szczęśliwie ocalałych. Tylko czasem słychać, jak przeżywa tamten czas. Mówi o nim przez sen.
Kibuc w internecie
Debbie Raff ma nowosądeckie korzenie. Do 1880 roku żyła w Nowym Sączu jej prababka. Potem przeprowadziła się na południową stronę Karpat, do słowackich Lipan (wtedy administracyjnie miejscowość należała do Węgier). Tam założyła rodzinę, której część wyemigrowała do Nowego Jorku.
W internecie - na yahoo.com - znajdujemy stronę Debbie. Na tej stronie kontaktują się ze sobą ludzie z całego świata szukający swoich żydowskich korzeni właśnie w Nowym Sączu. "Przyłączcie się. To jest darmowe. Nasza grupa ma około 180 członków, być może ktoś z nich rozpozna swoich krewnych" - zachęca nas Debbie w odpowiedzi na naszego pierwszego maila.
Tłumaczymy artykuł na angielski. Skanujemy zdjęcia i podczepiamy pod tekst. Podajemy adres naszej poczty elektronicznej. Od tej pory codziennie otrzymujemy po kilka maili. Piszą do nas Żydzi z całego świata. Wszyscy obiecują pomoc. Ofer Cohen z Jerozolimy miał - tak jak Debbie - w Nowym Sączu prababkę. Urodziła się w 1904 roku, ale wyemigrowała z rodziną, kiedy była jeszcze małą dziewczynką. Śle nasz tekst do grup dyskusyjnych skupiających Żydów, którzy w Nowym Sączu przeżyli wojnę, oraz tych, którzy wyjechali stamtąd przed jej wybuchem.
List od Debbie: "Droga Olgo, w Izraelu żyje Mordechai Lustig. Pamięta rodzinę Wagschali z Nowego Sącza! Niestety, nie ma dostępu do internetu".
Mordechai (Marcus) Lustig ostatni raz był w Nowy Sączu w ubiegłym roku. Mówi, że "przyjeżdża tu trochę pooddychać". Zamawia pokój zawsze w tym samych hotelu, by mieć widok na kamienicę, która przed wojną należała do jego pradziadka. Całą jego rodzinę w pamiętną kwietniową noc zamordowali hitlerowcy. On jeden ocalał. Gdy przyszli do nich, skrył się pod kocem. Z obozu koncentracyjnego w podkrakowskim Płaszowie wyciągnął go Oscar Schindler. Lustig miał wtedy 19 lat. Dziś ma 83 i może dlatego tak trudno rozpoznać mu ludzi na naszych zdjęciach. Bo choć nie ma w domu komputera i dzieli nas od siebie szmat drogi - w końcu je dostał! Znajomi znajomych, z którymi się kontaktujemy, zaprosili go do siebie do domu i pokazali nasz elektroniczny album.
Ale Lustig nikogo sobie nie przypomniał.
Hitler mnie ocalił
Ofer Cohen przesyła nam maila z linkiem na stronę Instytutu Yad Vashem.
Uscher Wagschal, syn Menakhema (odpowiednik Mendla), urodził się i żył w Nowym Sączu. Tam też zginął, data śmierci nieustalona. Takie świadectwo 10 czerwca 1957 roku złożyła w Instytucie Sara Veis, podająca się za krewną rodziny. Czy to nasz Uscher? W świadectwie czytamy, że urodził się w 1914 roku. Z list wyborców Nowego Sącza znamy jego inną datę urodzenia - 1913. Czy rok różnicy to pomyłka?
W wyszukiwarkę Yad Vashem wpisaliśmy imiona wszystkich znanych członków rodziny Uschera. Nie ma niczego na temat matki Scheindel, ciotki Gitel, sióstr Frymy, Rosy i Racheli. I żadnych danych o bracie Naftali.
Jest za to Mendel Wagschal! Zginął w obozie w Bełżcu (daty śmierci brak). Patrzymy na datę urodzenia: 1883 rok, Nisko. Wszystko się zgadza - to ojciec Uschera. Świadectwo jego życia w 1999 roku złożyła w Yad Vashem Sharlota Ashkenazi, siostrzenica. Debbie się nie poddaje. Przesyła nam maila od osoby, która bada losy rodziny Wagschal na całym świecie. Debbie: "Nie wiem, gdzie mieszka ani co robi. Ale niewykluczone, że bardzo nam pomoże i już niedługo będziemy wiedzieć więcej na temat fotografii". Badacz losów Wagschali obiecuje, że prześle artykuł ze zdjęciami do całego klanu. "Zbliża się święto Paschy i wygląda na to, że duża część rodziny będzie razem. Ze względu na święto mogą nie zaglądać do komputera, więc trzeba uzbroić się w cierpliwość" - prosi.
"Badacz" milczy do dziś. Nie odpowiada na nasze maile, nie wysyła swoich. Prosił o cierpliwość, ale nasza już się skończyła.
Wysyłamy tekst i zdjęcia do Yad Vashem. Chcemy się skontaktować ze świadkami, którzy złożyli świadectwa życia Uschera i jego ojca Mendela. Może przeczytają o naszych poszukiwaniach i się odezwą? Milczenie.
Nie mamy więc pewności, czy ktoś z Wagschali jeszcze żyje. Czy do kogoś z nich dotrzemy, by przekazać znalezione w koszu na śmieci fotografie?
Na internetowej stronie, którą założyła Debbie, co dzień przybywa wiadomości. "Próbuję dowiedzieć się czegoś więcej na temat rodziny Apotheker. Żyli w Bardejowie na Słowacji, ale wielu z nich pożeniło się i zostało w Nowym Sączu" - apeluje Jacob Rosen. Takich maili są dziesiątki. Ludzie są pewni nazwisk osób, które poszukują, znają ich historie, a i tak trudno im wpaść na właściwy trop.
A może nie wszyscy chcą zostać odszukani? Nie wszyscy chcą pamiętać? Avionoam Shmueli, jedna z korespondentek Debbie, pisze o historii swojej starej ciotki. Po wojnie wróciła do Nowego Sącza. Chciała odnaleźć kogokolwiek, kogo wcześniej znała. Choćby jednego człowieka, któremu kłaniała się na ulicy. Gdy stała pod swoim starym domem zatopiona we wspomnieniach, podszedł do niej sąsiad: "Kto cię ocalił?" - spytał ze zdumieniem. W tym zdumieniu nie było ani krzty radości, jedynie niedowierzanie. Ciotka opowiadała siostrzenicy tę historię z wielką goryczą.
"Adolf Hitler mnie ocalił. Dziękuję" - odrzekła sarkastycznie. Po tym zdarzeniu nigdy już do Polski nie wróciła. Wyszła za mąż za ocalałego z wojny nowosądeckiego Żyda i założyła szczęśliwą rodzinę w Izraelu. Jej mąż, Monek Anisfeld, nigdy nie wspomina wojny. Nie interesują go wspomnienia innych, nie szuka szczęśliwie ocalałych. Tylko czasem słychać, jak przeżywa tamten czas. Mówi o nim przez sen.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos
Najczęściej czytane24 htydzień









