Spalarnia. Ten komin ma dwa końce
2009-02-06
, aktualizacja: 06.02.2009 11:37
Decyzja o budowie spalarni jest symboliczną przegraną ekologicznego stylu myślenia w Krakowie. Pytanie jednak, czy porażki dało się uniknąć.
ZOBACZ TAKŻE
- Umowa społeczna w sprawie spalarni (24-02-09, 21:03)
- Dlaczego potrzebujemy spalarni? (06-02-09, 11:35)
- Wojewoda nie chce spalarni w Mogile (11-12-09, 08:00)
- Spalarnia: Prezydent woli deklarować (02-06-09, 23:00)
- O spopielarni trudne krakowian rozmowy (11-03-09, 22:46)
- Mogiła: najpierw spalarnia, teraz spopielarnia (10-03-09, 23:30)
- Jak się spala odpady w Niemczech (09-04-09, 00:00)
- Centra recyklingu też oprotestowane (06-02-09, 21:14)
Choć brzmi to dziwnie, będę utrzymywał, że istnieje wyraźny związek między grecką tragedią a kłótnią, jaką od prawie dwóch lat toczą dwie strony sporu o budowę spalarni w Krakowie. Co prawda ani prezydent Majchrowski, ani mieszkańcy krakowskich osiedli, ani też, powiedzmy szczerze, urzędnicy na aktorów antycznych nie wyglądają, biorą jednak udział w tutejszej wersji dawno napisanych dramatów. Koncepcja wyboru tragicznego zakłada, że istnieją sytuacje, z których nie ma dobrych wyjść. Z takim właśnie klinczem mamy do czynienia przy okazji planowanej inwestycji. Niezależnie od kierunku, w jakim pójdziemy, popełniamy błąd.
Recykling, czyli kuriozum
Zacznijmy od władz miasta. Decyzja, żeby budować, jest decyzją złą z kilku powodów. Nie będę się czepiał, że pierwsze uzasadnienia wyglądały mętnie i słabo przysłaniały chęć skoku na unijną kasę, w myśl zasady: "są pieniądze, znajdźmy sposób, jak je wykorzystać". Można się tylko obawiać, że gdyby Unia rozdawała granty na budowy drapaczy chmur w centrach średniowiecznych miast, Kraków również ustawiłby się w kolejce.
Najważniejszy problem tkwi gdzie indziej: decydując się na inwestycję, musimy porzucić miłe bajdurzenie, że Kraków może być miastem zrównoważonego rozwoju. Spalarnia to tzw. metoda końca rury, która z ochroną środowiska nie ma wiele wspólnego. Władze miasta dają dowód swej niewiary wobec możliwości skutecznego ograniczania ilości śmieci lądujących na wysypisku. Tak czy owak, na końcu skomplikowanej drogi, jaką przebywają odpady, czeka piec. Podstawowe założenia polityki zrównoważonego rozwoju zachęcają natomiast, by zagrożenia likwidować u źródła. Najpierw segregować, potem palić - mówiąc jeszcze prościej. A w tej przestrzeni działania miasta kończą się klapą. O recyklingu mówimy w Krakowie jakieś 10 lat. W tym czasie widzieliśmy niejedno, choćby pracowników MPO, którzy zrzucali już posortowane wstępnie przez mieszkańców śmieci na jedną ciężarówkę, tłumacząc, że sortownia na Baryczy musi mieć przerób.
Ostatnie miesiące przyniosły zdarzenia równie kuriozalne. Próby zorganizowania recyklingu w kamienicach śródmiejskich zakończyły się jak na razie kompromitacją, czego dowody widzę na swoim podwórku. Przekonują o tym również rozmowy z administratorami kamienic. MPO dostarczyło za mało żółtych koszy (są środki na spalarnię, ale na kosze pieniędzy zabrakło, czy to nie symptomatyczne?), więc śmieci wysypują się z nich po kilku dniach. Wywóz był jak dotychczas płatny, ciężarówka miała przyjeżdżać dwa razy w miesiącu, przyjeżdżała znacznie rzadziej, w MPO telefony urywały się od uzasadnionych pretensji. Z czego można wnioskować, że łatwiej jest wybudować wielką instalację, niż zorganizować sprawny system recyklingu.
Tego faktu nie osłabią nawet wycieczki do innych krajów. Wypadałoby bowiem zapytać Szwedów, czy spalarnie nie konkurują z przemysłem recyklerskim o niektóre rodzaje odpadów (głównie plastik i papier). Co więcej, część izb branżowych już w 2007 roku ostrzegała, że brak skutecznego systemu odzyskiwania odpadów w skali kraju doprowadzi do złamania unijnych zobowiązań. Krakowski Holding Komunalny nie musi oczywiście się tym przejmować, ale jeśli popatrzeć na krakowskie problemy z dalszej odległości, pokażą one niepokojącą prawidłowość. Organizacja ekologiczna Zielone Mazowsze już rok temu wyliczyła, że w skali kraju deficyt surowców wtórnych w stosunku do zobowiązań, jakie na siebie przyjęliśmy, będzie wynosić łącznie 1 mln ton i spalarnia tego bilansu nie poprawi. Kraków poszedł więc po linii najmniejszego oporu, wkładając maksimum wysiłku w to, co powinno być jedynie dopełnieniem rozsądnej polityki odpadowej, zbudowanej na recyklingu... który w Krakowie nadal znajduje się w powijakach.
Landrynki i spalarnia
Konflikt tragiczny w wydaniu krakowskim polega jednak również na tym, że błądzą protestujący przeciwko budowie spalarni. Obarczanie wyłączną odpowiedzialnością za budowę spalarni prezydenta Majchrowskiego i jego urzędników jest nadużyciem. Przy okazji tego sporu dotykamy bowiem problemu szerszego, z którego mało kto chce zdawać sobie sprawę. Prawdziwym sprawcą budowy spalarni nie są urzędnicy, tylko nasze przyzwyczajenia konsumpcyjne. W związku z tym odpowiedzialność spoczywa na wszystkich mieszkańcach tego miasta. Również na członkach komitetów protestacyjnych, których świadomość ekologiczna jest, podejrzewam, równie mikra jak innych Polaków i zatrzymuje się na podstawowych zaklęciach typu: "komin równa się niebezpieczeństwo", "dziura ozonowa", "drzewa są pożyteczne" itd.
Mam jednak pytania pozornie odległe: Czy w sklepie spożywczym protestujący wybierają ryż w smutnej papierowej torbie, czy też kolorowe pudełko z grubego kartonu, z produktem wygodnie podzielonym na cztery części i zapakowanym dodatkowo w folię? Czy kupują w sklepie z chemią pastę do zębów opakowaną w karton, czy też pozbawioną dodatkowego opakowania? Czy szukają w sklepie landrynek sprzedawanych na kilogramy, czy też wybierają cukierki owinięte w osobny papierek każdy? Czy podczas zakupów protestujący kierują się ilością folii i plastiku, w jakie pakowany jest obecnie każdy niemal produkt, czy też wyłącznie ceną?
Dam sobie rękę uciąć, że zwycięża opcja pt. "niska cena, maksimum opakowania", tym bardziej że statystyki nie pozostawiają złudzeń. Jeszcze zanim dopadł nas kryzys, w prasie pojawiły się informacje, których przeciętny krakowianin z Łęgu nie skojarzy z propozycją budowy spalarni, choć powinien. 20 maja 2008 "Rzeczpospolita" informowała na zielonych stronach, że rynek pakowanej żywności w Polsce rośnie bardzo dynamicznie. Pan Edmund Borawski, prezes Mlekpolu, z dumą informował na przykład, że jego firma w 2009 roku zainwestuje 80 mln zł w nowe linie do konfekcjonowania sera dojrzewającego. Był przekonany, że inwestycja się opłaci, bo, jak słusznie zauważał, "polski konsument staje się coraz bardziej wygodny, dlatego będzie kupował produkty łatwe w użyciu". Euromonitor szacował niedawno, że wydatki w Europie Wschodniej na żywność pakowaną zwiększą się ze 107 mld euro rocznie w 2007 roku do 133 mld euro w 2012 roku. Co oznacza, że śmieci będzie przybywać, tak jak przybywa w innych krajach, nawet tych świadomych ekologicznie. Polska, w porównaniu z tzw. krajami rozwiniętymi, produkuje nadal śmiesznie mało odpadów. 350 kg na mieszkańca to śmiesznie mało z ponaddwukrotnie większą ilością w Szwajcarii, czy nawet 560 kg per capita w Niemczech, uznawanych słusznie za światowego prymusa recyklingu.
W ten sposób dochodzimy do kolejnego punktu węzłowego konfliktu, jednakowo ważnego w Krakowie, Szwecji czy Monachium. Wraz ze wzrostem zamożności i wygody przybywa śmieci do tego stopnia, że nawet najlepiej rozwinięte systemy recyklerskie nie rozwiązują narastających problemów. Bez zmiany przyzwyczajeń konsumpcyjnych nie sposób myśleć o skutecznym opanowaniu wzbierającego z roku na rok strumienia śmieci. Czy protestujący są gotowi na dobrowolną rezygnację z choćby części wygodnych i kolorowych opakowań? Czy są w stanie założyć silną grupę lobbującą za takimi zmianami prawnymi i obyczajowymi, które sprawią, że wrócimy do ryżu w zgrzebnych torebkach? Jeśli tak, ich mandat ekologiczny w walce ze spalarnią stanie się mocniejszy. Na to jednak się nie zanosi.
* * *
Jeśli zestawić racje urzędników i protestujących z prawidłowościami opisanymi powyżej, można zapytać, czy przypadkiem magistrat krakowski nie wykazał się dalekowzrocznością, zdecydowanie popierając budowę spalarni. Byłbym pierwszym do gratulacji, gdyby nie uzasadnione podejrzenie, że decyzje te są raczej efektem rozpaczliwego poszukiwania pieniędzy i szybkich rozwiązań, niż dojrzałego namysłu. Urzędnicy, wraz z wydatną pomocą mieszkańców, przegrywają walkę o prawdziwie ekologiczny Kraków, walkę, która tak naprawdę nie zdążyła się rozpocząć. Spalarnia jest jak biały ręcznik. Zwycięża strategia: co z oczu, to z głowy.
Recykling, czyli kuriozum
Zacznijmy od władz miasta. Decyzja, żeby budować, jest decyzją złą z kilku powodów. Nie będę się czepiał, że pierwsze uzasadnienia wyglądały mętnie i słabo przysłaniały chęć skoku na unijną kasę, w myśl zasady: "są pieniądze, znajdźmy sposób, jak je wykorzystać". Można się tylko obawiać, że gdyby Unia rozdawała granty na budowy drapaczy chmur w centrach średniowiecznych miast, Kraków również ustawiłby się w kolejce.
Najważniejszy problem tkwi gdzie indziej: decydując się na inwestycję, musimy porzucić miłe bajdurzenie, że Kraków może być miastem zrównoważonego rozwoju. Spalarnia to tzw. metoda końca rury, która z ochroną środowiska nie ma wiele wspólnego. Władze miasta dają dowód swej niewiary wobec możliwości skutecznego ograniczania ilości śmieci lądujących na wysypisku. Tak czy owak, na końcu skomplikowanej drogi, jaką przebywają odpady, czeka piec. Podstawowe założenia polityki zrównoważonego rozwoju zachęcają natomiast, by zagrożenia likwidować u źródła. Najpierw segregować, potem palić - mówiąc jeszcze prościej. A w tej przestrzeni działania miasta kończą się klapą. O recyklingu mówimy w Krakowie jakieś 10 lat. W tym czasie widzieliśmy niejedno, choćby pracowników MPO, którzy zrzucali już posortowane wstępnie przez mieszkańców śmieci na jedną ciężarówkę, tłumacząc, że sortownia na Baryczy musi mieć przerób.
Ostatnie miesiące przyniosły zdarzenia równie kuriozalne. Próby zorganizowania recyklingu w kamienicach śródmiejskich zakończyły się jak na razie kompromitacją, czego dowody widzę na swoim podwórku. Przekonują o tym również rozmowy z administratorami kamienic. MPO dostarczyło za mało żółtych koszy (są środki na spalarnię, ale na kosze pieniędzy zabrakło, czy to nie symptomatyczne?), więc śmieci wysypują się z nich po kilku dniach. Wywóz był jak dotychczas płatny, ciężarówka miała przyjeżdżać dwa razy w miesiącu, przyjeżdżała znacznie rzadziej, w MPO telefony urywały się od uzasadnionych pretensji. Z czego można wnioskować, że łatwiej jest wybudować wielką instalację, niż zorganizować sprawny system recyklingu.
Tego faktu nie osłabią nawet wycieczki do innych krajów. Wypadałoby bowiem zapytać Szwedów, czy spalarnie nie konkurują z przemysłem recyklerskim o niektóre rodzaje odpadów (głównie plastik i papier). Co więcej, część izb branżowych już w 2007 roku ostrzegała, że brak skutecznego systemu odzyskiwania odpadów w skali kraju doprowadzi do złamania unijnych zobowiązań. Krakowski Holding Komunalny nie musi oczywiście się tym przejmować, ale jeśli popatrzeć na krakowskie problemy z dalszej odległości, pokażą one niepokojącą prawidłowość. Organizacja ekologiczna Zielone Mazowsze już rok temu wyliczyła, że w skali kraju deficyt surowców wtórnych w stosunku do zobowiązań, jakie na siebie przyjęliśmy, będzie wynosić łącznie 1 mln ton i spalarnia tego bilansu nie poprawi. Kraków poszedł więc po linii najmniejszego oporu, wkładając maksimum wysiłku w to, co powinno być jedynie dopełnieniem rozsądnej polityki odpadowej, zbudowanej na recyklingu... który w Krakowie nadal znajduje się w powijakach.
Landrynki i spalarnia
Konflikt tragiczny w wydaniu krakowskim polega jednak również na tym, że błądzą protestujący przeciwko budowie spalarni. Obarczanie wyłączną odpowiedzialnością za budowę spalarni prezydenta Majchrowskiego i jego urzędników jest nadużyciem. Przy okazji tego sporu dotykamy bowiem problemu szerszego, z którego mało kto chce zdawać sobie sprawę. Prawdziwym sprawcą budowy spalarni nie są urzędnicy, tylko nasze przyzwyczajenia konsumpcyjne. W związku z tym odpowiedzialność spoczywa na wszystkich mieszkańcach tego miasta. Również na członkach komitetów protestacyjnych, których świadomość ekologiczna jest, podejrzewam, równie mikra jak innych Polaków i zatrzymuje się na podstawowych zaklęciach typu: "komin równa się niebezpieczeństwo", "dziura ozonowa", "drzewa są pożyteczne" itd.
Mam jednak pytania pozornie odległe: Czy w sklepie spożywczym protestujący wybierają ryż w smutnej papierowej torbie, czy też kolorowe pudełko z grubego kartonu, z produktem wygodnie podzielonym na cztery części i zapakowanym dodatkowo w folię? Czy kupują w sklepie z chemią pastę do zębów opakowaną w karton, czy też pozbawioną dodatkowego opakowania? Czy szukają w sklepie landrynek sprzedawanych na kilogramy, czy też wybierają cukierki owinięte w osobny papierek każdy? Czy podczas zakupów protestujący kierują się ilością folii i plastiku, w jakie pakowany jest obecnie każdy niemal produkt, czy też wyłącznie ceną?
Dam sobie rękę uciąć, że zwycięża opcja pt. "niska cena, maksimum opakowania", tym bardziej że statystyki nie pozostawiają złudzeń. Jeszcze zanim dopadł nas kryzys, w prasie pojawiły się informacje, których przeciętny krakowianin z Łęgu nie skojarzy z propozycją budowy spalarni, choć powinien. 20 maja 2008 "Rzeczpospolita" informowała na zielonych stronach, że rynek pakowanej żywności w Polsce rośnie bardzo dynamicznie. Pan Edmund Borawski, prezes Mlekpolu, z dumą informował na przykład, że jego firma w 2009 roku zainwestuje 80 mln zł w nowe linie do konfekcjonowania sera dojrzewającego. Był przekonany, że inwestycja się opłaci, bo, jak słusznie zauważał, "polski konsument staje się coraz bardziej wygodny, dlatego będzie kupował produkty łatwe w użyciu". Euromonitor szacował niedawno, że wydatki w Europie Wschodniej na żywność pakowaną zwiększą się ze 107 mld euro rocznie w 2007 roku do 133 mld euro w 2012 roku. Co oznacza, że śmieci będzie przybywać, tak jak przybywa w innych krajach, nawet tych świadomych ekologicznie. Polska, w porównaniu z tzw. krajami rozwiniętymi, produkuje nadal śmiesznie mało odpadów. 350 kg na mieszkańca to śmiesznie mało z ponaddwukrotnie większą ilością w Szwajcarii, czy nawet 560 kg per capita w Niemczech, uznawanych słusznie za światowego prymusa recyklingu.
W ten sposób dochodzimy do kolejnego punktu węzłowego konfliktu, jednakowo ważnego w Krakowie, Szwecji czy Monachium. Wraz ze wzrostem zamożności i wygody przybywa śmieci do tego stopnia, że nawet najlepiej rozwinięte systemy recyklerskie nie rozwiązują narastających problemów. Bez zmiany przyzwyczajeń konsumpcyjnych nie sposób myśleć o skutecznym opanowaniu wzbierającego z roku na rok strumienia śmieci. Czy protestujący są gotowi na dobrowolną rezygnację z choćby części wygodnych i kolorowych opakowań? Czy są w stanie założyć silną grupę lobbującą za takimi zmianami prawnymi i obyczajowymi, które sprawią, że wrócimy do ryżu w zgrzebnych torebkach? Jeśli tak, ich mandat ekologiczny w walce ze spalarnią stanie się mocniejszy. Na to jednak się nie zanosi.
* * *
Jeśli zestawić racje urzędników i protestujących z prawidłowościami opisanymi powyżej, można zapytać, czy przypadkiem magistrat krakowski nie wykazał się dalekowzrocznością, zdecydowanie popierając budowę spalarni. Byłbym pierwszym do gratulacji, gdyby nie uzasadnione podejrzenie, że decyzje te są raczej efektem rozpaczliwego poszukiwania pieniędzy i szybkich rozwiązań, niż dojrzałego namysłu. Urzędnicy, wraz z wydatną pomocą mieszkańców, przegrywają walkę o prawdziwie ekologiczny Kraków, walkę, która tak naprawdę nie zdążyła się rozpocząć. Spalarnia jest jak biały ręcznik. Zwycięża strategia: co z oczu, to z głowy.
- 3 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień




