Absurdy kolejowe. Podróże upojne i coraz dłuższe
17.07.2010
, aktualizacja: 16.07.2010 20:31
- Piszę tego maila, żeby zaapelować o nieobwinianie konduktorów czy pań w okienku na stacji za wszystkie przewiny PKP - publikujemy kolejne głosy Czytelników w dyskusji o kolejowych absurdach.
ZOBACZ TAKŻE
- Listy. Pierwsza klasa bez klimatyzacji (04-08-10, 18:21)
- Listy. Przedział dla matki z dzieckiem, ale nie każdym (26-07-10, 11:28)
- InterCity o podróży na Hel: wyjaśniamy i przepraszamy (23-07-10, 09:00)
- Pociągiem na Hel: postój w lesie i 6 godzin gratis (23-07-10, 09:00)
- Remont dworców PKP: Bochnia, Brzesko, Krzeszowice (20-07-10, 12:37)
- Kolejowy absurd z ulgami. Udowodnij, że to niemowlę (20-07-10, 08:00)
- Kraków - Warszawa: Permanentne kolejowe opóźnienie (15-07-10, 10:47)
- Znikające wagony i inne absurdy kolejowe (13-07-10, 23:00)
- Absurdy kolejowe według naszych Czytelników (13-07-10, 12:15)
- Akcja "Gazety": Tropimy absurdy PKP! Czekamy na listy (11-07-10, 23:24)
SERWISY
Listy. Tropmy pokojowo
Odbyłam ostatnio upojną (dosłownie i w przenośni - wypiłam trzy litry wody) podróż pociągiem TLK na trasie Poznań - Kraków. Przewidywany czas podróży: siedem godzin, rzeczywisty czas podróży: bez mała dziewięć godzin. Powodu nie podano, ale najwyraźniej pociągi w upał też nie mogą się przemęczać. Było brudno, gorąco (klimatyzacji niet) i ciasno. Mimo wszystko nie było NAJgorzej, a to dzięki miłym konduktorom. Konduktor też człowiek, miewa humory. Ale z bagażem zawsze pomoże, cierpliwie na pytania odpowiada, nawet natrętne (gdzie jesteśmy, czemu dopiero tu, ile mamy opóźnienia i czemu tak dużo i kiedy wreszcie będziemy w Krakowie). Konduktorzy na trasie z Poznania udzielali jeszcze pomocy nieszablonowej, wyciągając telefon komórkowy zza fotela (za pomocą noża z WARS-u).
Właściwie piszę tego maila, żeby zaapelować o nieobwinianie konduktorów czy pań w okienku na stacji za wszystkie przewiny PKP - ryba, jak wiadomo, gnije od głowy, a konduktor czy kasjer gdzieś przy ogonie. Mimo to pasażerowie utyskują, pyskują i klną. Podróż z PKP rzeczywiście bywa pełna absurdów (moim zdaniem ma też pewien urok, jakiś element nostalgii i niezmienności, którego pozbawione są zimne, szybkie pociągi zagraniczne). Trzeba absurdy tropić i im przeciwdziałać, ale nie atakując Bogu ducha winne jednostki. Tropmy więc, ale pokojowo.
Dorota
Listy. Wagon, którego nie było
Jakiś czas temu, dokładnie było to przed weekendem majowym, z dużym wyprzedzeniem udało mi się kupić bilet na pociąg TLK z Warszawy Centralnej do Gdyni Głównej. Oczywiście był to pociąg z obowiązkową rezerwacją miejsc, ponieważ jak wiemy, PKP wymaga zakupu "miejscówki" nawet w przypadku, gdy wszystkie miejsca są już zarezerwowane. Ale wróćmy do mojej podróży, otóż w moim przypadku miejsce jak również wagon zostały przydzielone - co zostało wydrukowane na bilecie. Ucieszyłem się oczywiście, że udało mi się kupić bilet na wybrany przeze mnie pociąg. W dzień wyjazdu udałem się na dworzec. Pociąg planowo powinien odjechać o godzinie 5:50, niestety ku mojemu zaskoczeniu opóźnienie nie sięgało jak zwykle ok 10 min, ale tym razem było to ponad 50 minut. Po odczekaniu prawie 1 godz., w bardzo "komfortowych" warunkach na dworcu Centralnym w Warszawie, mój jakże długo wyczekiwany pociąg nadjechał i moim oczom ukazał się stary zdezelowany skład, w którym trzy ostatnie wagony były zarezerwowane dla kibiców udających się do Gdyni, a także dwa wagony 1 klasy z rezerwacją miejsc. Po poszukiwaniach okazało się, iż w całym kilkuwagonowym składzie pociągu, który jedzie niemal przez całą Polskę, NIE BYŁO MOJEGO WAGONU! Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, ale taka sytuacja zdarzyła mi się po raz pierwszy.
Podróżni, jak to w takich sytuacjach, szybko rzucili się na wolne miejsca, nie zważając na zakupione "miejscówki". Oczywiście nie udało mi się wsiąść do "mojego" pociągu, więc udałem się do kasy po zakup kolejnego biletu na następny kurs, czyli 6:50. Tym pociągiem udało mi się dojechać do Gdyni Głównej.
Niestety, to jeszcze nie koniec historii. Po dotarciu do stacji docelowej, chciałem w kasie zwrócić niewykorzystany bilet. Ponieważ nie wiedziałem, iż aby zwrócić bilet muszę otrzymać adnotację konduktora lub zwrócić go w stacji wyjazdu, za ten bilet nie udało mi się otrzymać zwrotu moich pieniędzy. Oczywiście napisałem pismo reklamacyjne do PKP IC, po kilkunastu dniach otrzymałem odpowiedź, iż wewnętrzne dochodzenie w Krakowie Płaszowie (stacji, skąd pociąg wyruszał) wykazało, że wagon o takim numerze wyruszył z Krakowa i sprawę uznają za zakończoną.
Pozdrawiam wszystkich podróżujących koleją w Polsce :)
Paweł Haziak
Listy. Czas się wydłuża
Od jakichś sześciu lat podróżuję na trasie Wrocław - Kraków. W 2004 roku taka podróż trwała cztery godziny i 15 minut. Potem nagle ten czas wzrósł do czterech godzin i 50 minut. Czyli 270 km w prawie pięć godzin - regres postępuje. Co ciekawe, po wprowadzeniu pociągów Inter-Regio Przewozy Regionalne w rozkładach jazdy chwalą się, że czas przejazdu na tej trasie wynosi cztery godziny i 20 minut. W rzeczywistości pociągi te są zawsze opóźnione o pół godziny. Natomiast według rozkładu jazdy TLK czas przejazdu wynosi cztery godziny i 45 minut - co jest bliskie prawdy. Dziwi rozbieżność czasów podawanych w rozkładach i irytuje ich nieprawdziwość. Podejrzewam, że zaniżony czas przejazdu Inter-Regio jest po prostu zagrywką marketingową, bo "dobrze wygląda" w rozkładzie. Tylko czy to nie śmierdzi nieuczciwą konkurencją?
Pozdrawiam Michał Zubrzycki
Odbyłam ostatnio upojną (dosłownie i w przenośni - wypiłam trzy litry wody) podróż pociągiem TLK na trasie Poznań - Kraków. Przewidywany czas podróży: siedem godzin, rzeczywisty czas podróży: bez mała dziewięć godzin. Powodu nie podano, ale najwyraźniej pociągi w upał też nie mogą się przemęczać. Było brudno, gorąco (klimatyzacji niet) i ciasno. Mimo wszystko nie było NAJgorzej, a to dzięki miłym konduktorom. Konduktor też człowiek, miewa humory. Ale z bagażem zawsze pomoże, cierpliwie na pytania odpowiada, nawet natrętne (gdzie jesteśmy, czemu dopiero tu, ile mamy opóźnienia i czemu tak dużo i kiedy wreszcie będziemy w Krakowie). Konduktorzy na trasie z Poznania udzielali jeszcze pomocy nieszablonowej, wyciągając telefon komórkowy zza fotela (za pomocą noża z WARS-u).
Właściwie piszę tego maila, żeby zaapelować o nieobwinianie konduktorów czy pań w okienku na stacji za wszystkie przewiny PKP - ryba, jak wiadomo, gnije od głowy, a konduktor czy kasjer gdzieś przy ogonie. Mimo to pasażerowie utyskują, pyskują i klną. Podróż z PKP rzeczywiście bywa pełna absurdów (moim zdaniem ma też pewien urok, jakiś element nostalgii i niezmienności, którego pozbawione są zimne, szybkie pociągi zagraniczne). Trzeba absurdy tropić i im przeciwdziałać, ale nie atakując Bogu ducha winne jednostki. Tropmy więc, ale pokojowo.
Dorota
Listy. Wagon, którego nie było
Jakiś czas temu, dokładnie było to przed weekendem majowym, z dużym wyprzedzeniem udało mi się kupić bilet na pociąg TLK z Warszawy Centralnej do Gdyni Głównej. Oczywiście był to pociąg z obowiązkową rezerwacją miejsc, ponieważ jak wiemy, PKP wymaga zakupu "miejscówki" nawet w przypadku, gdy wszystkie miejsca są już zarezerwowane. Ale wróćmy do mojej podróży, otóż w moim przypadku miejsce jak również wagon zostały przydzielone - co zostało wydrukowane na bilecie. Ucieszyłem się oczywiście, że udało mi się kupić bilet na wybrany przeze mnie pociąg. W dzień wyjazdu udałem się na dworzec. Pociąg planowo powinien odjechać o godzinie 5:50, niestety ku mojemu zaskoczeniu opóźnienie nie sięgało jak zwykle ok 10 min, ale tym razem było to ponad 50 minut. Po odczekaniu prawie 1 godz., w bardzo "komfortowych" warunkach na dworcu Centralnym w Warszawie, mój jakże długo wyczekiwany pociąg nadjechał i moim oczom ukazał się stary zdezelowany skład, w którym trzy ostatnie wagony były zarezerwowane dla kibiców udających się do Gdyni, a także dwa wagony 1 klasy z rezerwacją miejsc. Po poszukiwaniach okazało się, iż w całym kilkuwagonowym składzie pociągu, który jedzie niemal przez całą Polskę, NIE BYŁO MOJEGO WAGONU! Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, ale taka sytuacja zdarzyła mi się po raz pierwszy.
Podróżni, jak to w takich sytuacjach, szybko rzucili się na wolne miejsca, nie zważając na zakupione "miejscówki". Oczywiście nie udało mi się wsiąść do "mojego" pociągu, więc udałem się do kasy po zakup kolejnego biletu na następny kurs, czyli 6:50. Tym pociągiem udało mi się dojechać do Gdyni Głównej.
Niestety, to jeszcze nie koniec historii. Po dotarciu do stacji docelowej, chciałem w kasie zwrócić niewykorzystany bilet. Ponieważ nie wiedziałem, iż aby zwrócić bilet muszę otrzymać adnotację konduktora lub zwrócić go w stacji wyjazdu, za ten bilet nie udało mi się otrzymać zwrotu moich pieniędzy. Oczywiście napisałem pismo reklamacyjne do PKP IC, po kilkunastu dniach otrzymałem odpowiedź, iż wewnętrzne dochodzenie w Krakowie Płaszowie (stacji, skąd pociąg wyruszał) wykazało, że wagon o takim numerze wyruszył z Krakowa i sprawę uznają za zakończoną.
Pozdrawiam wszystkich podróżujących koleją w Polsce :)
Paweł Haziak
Listy. Czas się wydłuża
Od jakichś sześciu lat podróżuję na trasie Wrocław - Kraków. W 2004 roku taka podróż trwała cztery godziny i 15 minut. Potem nagle ten czas wzrósł do czterech godzin i 50 minut. Czyli 270 km w prawie pięć godzin - regres postępuje. Co ciekawe, po wprowadzeniu pociągów Inter-Regio Przewozy Regionalne w rozkładach jazdy chwalą się, że czas przejazdu na tej trasie wynosi cztery godziny i 20 minut. W rzeczywistości pociągi te są zawsze opóźnione o pół godziny. Natomiast według rozkładu jazdy TLK czas przejazdu wynosi cztery godziny i 45 minut - co jest bliskie prawdy. Dziwi rozbieżność czasów podawanych w rozkładach i irytuje ich nieprawdziwość. Podejrzewam, że zaniżony czas przejazdu Inter-Regio jest po prostu zagrywką marketingową, bo "dobrze wygląda" w rozkładzie. Tylko czy to nie śmierdzi nieuczciwą konkurencją?
Pozdrawiam Michał Zubrzycki
- 14 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy







