Pociągiem na Hel: postój w lesie i 6 godzin gratis
23.07.2010
, aktualizacja: 24.07.2010 00:01
Tylko z PKP: postój niespodzianka w urokliwym lesie, nieczynna klimatyzacja i zamknięte okna w przedziale (by pasażerowie nie złapali przeziębienia) i - absolutnie gratis! - dodatkowe 6 godzin na kontemplowanie krajobrazu całej Polski.
ZOBACZ TAKŻE
- Od 1 września zmiany w rozkładzie jazdy pociągów (21-08-10, 13:00)
- Absurdy PKP: Za niewygody przepraszamy (09-08-10, 04:00)
- Listy. Pierwsza klasa bez klimatyzacji (04-08-10, 18:21)
- Upał, deszcz, burza czy mróz - PKP niezawodnie zawiedzie. "Nasza kolej jest zapuszczona" (26-07-10, 13:00)
- Listy. Przedział dla matki z dzieckiem, ale nie każdym (26-07-10, 11:28)
- InterCity o podróży na Hel: wyjaśniamy i przepraszamy (23-07-10, 09:00)
- Kolejowy absurd z ulgami. Udowodnij, że to niemowlę (20-07-10, 08:00)
- Absurdy kolejowe. Podróże upojne i coraz dłuższe (17-07-10, 13:00)
- Kraków - Warszawa: Permanentne kolejowe opóźnienie (15-07-10, 10:47)
- Znikające wagony i inne absurdy kolejowe (13-07-10, 23:00)
- Absurdy kolejowe według naszych Czytelników (13-07-10, 12:15)
- Akcja "Gazety": Tropimy absurdy PKP! Czekamy na listy (11-07-10, 23:24)
SERWISY
Nazywam się Joanna Targoń, jestem dziennikarką "Gazety". 15 lipca wyruszyłam z Krakowa na Hel, na wakacje. Miała to być podróż długa, ale w miarę bezbolesna. Kupiłam promocyjny bilet (trzy przejazdy za 169 zł) i miejscówkę w I klasie InterCity do Gdyni. Wszystko było jak trzeba - przez mniej więcej półtorej godziny. Wyjechaliśmy o 6.14, a gdy już zastanawiałam się nad wyjęciem swetra z walizki (klimatyzacja tradycyjnie była nastawiona na mrożenie podróżnych), pociąg stanął. W lesie. Stał, stał, grzał się - aż usłyszeliśmy, że jest awaria trakcji, która potrwa "czas nieokreślony". Zapowiedziano też, że za chwilę przejedzie sąsiednim torem pociąg do Warszawy, do którego będą się mogli przesiąść ci, którzy jadą do Warszawy, a ja i reszta "nadmorskich" mamy czekać na spalinowóz, który nas cofnie i przepchnie na inny tor. W Warszawie miał być podstawiony kolejny pociąg - do Gdyni. Czekaliśmy więc, spalinowóz nadjechał, ale nie dał rady. Cóż, poczekaliśmy znów. Patrząc na las za oknami..., na następny pociąg do Warszawy...
W końcu przesiedliśmy się; obsługa naszego pociągu była bardzo miła, pomagała przenosić bagaże i wspinać się na stopnie. Do Warszawy dojechaliśmy w tłoku, ale co robić, sytuacja wyjątkowa.
Pasażer chichocze
Tam na peronie czekał pan, który się grzecznie przedstawił i zapewnił, że się nami zajmie. Poczuliśmy, że kolej się nami opiekuje, stara się nas dostarczyć na miejsce. Okazało się jednak, że miły pan miał na myśli nie wszystkich pasażerów pechowego pociągu, tylko 68-osobową grupę dzieci z opiekunami, jadącą na kolonie. O nas nic nie wiedział. Od 7.30 (kiedy to stanęliśmy w lesie) do 11.45 (kiedy to dotarliśmy do Warszawy) PKP miała czas na sprawdzenie liczby pasażerów - wydawałoby się to nietrudne, jako że bilety sprzedaje się w systemie komputerowym. Nikt tego nie zrobił, miły pan był bardzo zdziwiony naszym istnieniem. Trzeba jednak powiedzieć, że dzielnie podjął wyzwanie. Zaprosił nas do poczekalni VIP i zaczął wydzwaniać. Przeliczył nas, z podziałem na I i II klasę, dzwonił, załatwiał i w końcu oznajmił, że możemy wsiadać albo do pociągu Szkuner z Katowic o 12.35, albo do o parę minut późniejszego Szkunera z Krakowa, bo udało mu się zablokować sprzedaż biletów i będą dla nas miejsca. Udaliśmy się więc na peron. Oba pociągi były opóźnione. Ten z Katowic przyjechał pierwszy; gdy parę osób chciało do niego wsiąść, konduktor oznajmił, że on o żadnym zepsutym pociągu nic nie wie, wsiąść nikomu nie zabrania, ale "bilecik trzeba nowy kupić".
Po chwili nadciągnął Szkuner krakowski. Tu wsiedliśmy już bez problemów. I wreszcie jechaliśmy - spóźnieni, zmęczeni i nerwowo przekładający spotkania (nie wszyscy jechali na wakacje - mnie interesowało tylko, czy złapię ostatni pociąg na Hel). Ale dojechaliśmy tylko do Warszawy Wschodniej. Tu znów staliśmy dłuższą chwilę, bo łączyli dwa Szkunery. Gdy wreszcie ruszyliśmy, kierownik pociągu oznajmił nam przez głośnik, że z powodu prac modernizacyjnych na tej trasie należy się spodziewać opóźnień i przestojów. Za to za dwa lata pociągi będą śmigać w dwie godziny. W moim przedziale rozległy się złośliwe chichoty.
Pasażer się buntuje
Pociąg jechał, zwalniał, przystawał. Klimatyzacja nie działała - letni powiew ledwo wydobywał się z kratek. Otworzyłyśmy więc okno i drzwi. Chwilę później w drzwiach stanął spocony konduktor, który zamknął okno i drzwi, pouczając nas, że "pasażerowie chcą klimatyzacji, ale okna zamknąć to się im już nie chce". I że on musi chodzić i zamykać. Dał nam też do zrozumienia, że nie wiemy, na czym polega ta zdobycz cywilizacji. Na nasze słabe protesty, że nie działa, że próbowałyśmy przy zamkniętych oknach i drzwiach, spojrzał ponuro i coś zamruczał o niezdyscyplinowaniu. Wytrzymałyśmy pół godziny. Nie działało. Otworzyłyśmy. Konduktor już nas nie odwiedził.
Potem nadciągnęła dziewczyna z workiem na śmieci - ucieszyłyśmy się, bo butelek po wodzie i sokach miałyśmy dużo. Co chwilę ktoś wędrował do Warsu i zaopatrywał resztę. Ale dziewczyna oznajmiła, że zbiera tylko śmieci po poczęstunku (tak, dostaliśmy rytualne ciasteczko z napojem do wyboru). - Ale przecież my to wszystko w pociągu kupiłyśmy - wyjaśniała logicznie (wydawałoby się) pani przy drzwiach. - Mam takie przepisy i wyliczone worki - dała odpór dziewczyna. Zrezygnowane wręczyłyśmy jej papierki po ciasteczkach i kubeczki po kawie. Może dziewczynę wyrzuciliby z pracy za nadprogramowe butelki po mineralnej? Pani przy drzwiach przypomniała sobie, że rano, w pierwszym pociągu, poprosiła o dwie śmietanki do kawy - i nie dostała, bo się należy jedna. Za pieniądze też nie dostała, bo wykonujący turę z poczęstunkiem nie prowadzi kasy. Za darmo to za darmo. Wyliczone. Żadnych fanaberii typu podwójna śmietanka czy dokupienie czegoś PKP nie przewiduje.
Do Gdyni dotarliśmy około godz. 21. Przedostatni pociąg na Hel czekał na nas. Udało mi się dotrzeć na wakacje po 16-godzinnej podróży - o 6 godzin dłuższej niż zwykle na tej trasie - ale jakże barwnej i interesującej.
W końcu przesiedliśmy się; obsługa naszego pociągu była bardzo miła, pomagała przenosić bagaże i wspinać się na stopnie. Do Warszawy dojechaliśmy w tłoku, ale co robić, sytuacja wyjątkowa.
Pasażer chichocze
Tam na peronie czekał pan, który się grzecznie przedstawił i zapewnił, że się nami zajmie. Poczuliśmy, że kolej się nami opiekuje, stara się nas dostarczyć na miejsce. Okazało się jednak, że miły pan miał na myśli nie wszystkich pasażerów pechowego pociągu, tylko 68-osobową grupę dzieci z opiekunami, jadącą na kolonie. O nas nic nie wiedział. Od 7.30 (kiedy to stanęliśmy w lesie) do 11.45 (kiedy to dotarliśmy do Warszawy) PKP miała czas na sprawdzenie liczby pasażerów - wydawałoby się to nietrudne, jako że bilety sprzedaje się w systemie komputerowym. Nikt tego nie zrobił, miły pan był bardzo zdziwiony naszym istnieniem. Trzeba jednak powiedzieć, że dzielnie podjął wyzwanie. Zaprosił nas do poczekalni VIP i zaczął wydzwaniać. Przeliczył nas, z podziałem na I i II klasę, dzwonił, załatwiał i w końcu oznajmił, że możemy wsiadać albo do pociągu Szkuner z Katowic o 12.35, albo do o parę minut późniejszego Szkunera z Krakowa, bo udało mu się zablokować sprzedaż biletów i będą dla nas miejsca. Udaliśmy się więc na peron. Oba pociągi były opóźnione. Ten z Katowic przyjechał pierwszy; gdy parę osób chciało do niego wsiąść, konduktor oznajmił, że on o żadnym zepsutym pociągu nic nie wie, wsiąść nikomu nie zabrania, ale "bilecik trzeba nowy kupić".
Po chwili nadciągnął Szkuner krakowski. Tu wsiedliśmy już bez problemów. I wreszcie jechaliśmy - spóźnieni, zmęczeni i nerwowo przekładający spotkania (nie wszyscy jechali na wakacje - mnie interesowało tylko, czy złapię ostatni pociąg na Hel). Ale dojechaliśmy tylko do Warszawy Wschodniej. Tu znów staliśmy dłuższą chwilę, bo łączyli dwa Szkunery. Gdy wreszcie ruszyliśmy, kierownik pociągu oznajmił nam przez głośnik, że z powodu prac modernizacyjnych na tej trasie należy się spodziewać opóźnień i przestojów. Za to za dwa lata pociągi będą śmigać w dwie godziny. W moim przedziale rozległy się złośliwe chichoty.
Pasażer się buntuje
Pociąg jechał, zwalniał, przystawał. Klimatyzacja nie działała - letni powiew ledwo wydobywał się z kratek. Otworzyłyśmy więc okno i drzwi. Chwilę później w drzwiach stanął spocony konduktor, który zamknął okno i drzwi, pouczając nas, że "pasażerowie chcą klimatyzacji, ale okna zamknąć to się im już nie chce". I że on musi chodzić i zamykać. Dał nam też do zrozumienia, że nie wiemy, na czym polega ta zdobycz cywilizacji. Na nasze słabe protesty, że nie działa, że próbowałyśmy przy zamkniętych oknach i drzwiach, spojrzał ponuro i coś zamruczał o niezdyscyplinowaniu. Wytrzymałyśmy pół godziny. Nie działało. Otworzyłyśmy. Konduktor już nas nie odwiedził.
Potem nadciągnęła dziewczyna z workiem na śmieci - ucieszyłyśmy się, bo butelek po wodzie i sokach miałyśmy dużo. Co chwilę ktoś wędrował do Warsu i zaopatrywał resztę. Ale dziewczyna oznajmiła, że zbiera tylko śmieci po poczęstunku (tak, dostaliśmy rytualne ciasteczko z napojem do wyboru). - Ale przecież my to wszystko w pociągu kupiłyśmy - wyjaśniała logicznie (wydawałoby się) pani przy drzwiach. - Mam takie przepisy i wyliczone worki - dała odpór dziewczyna. Zrezygnowane wręczyłyśmy jej papierki po ciasteczkach i kubeczki po kawie. Może dziewczynę wyrzuciliby z pracy za nadprogramowe butelki po mineralnej? Pani przy drzwiach przypomniała sobie, że rano, w pierwszym pociągu, poprosiła o dwie śmietanki do kawy - i nie dostała, bo się należy jedna. Za pieniądze też nie dostała, bo wykonujący turę z poczęstunkiem nie prowadzi kasy. Za darmo to za darmo. Wyliczone. Żadnych fanaberii typu podwójna śmietanka czy dokupienie czegoś PKP nie przewiduje.
Do Gdyni dotarliśmy około godz. 21. Przedostatni pociąg na Hel czekał na nas. Udało mi się dotrzeć na wakacje po 16-godzinnej podróży - o 6 godzin dłuższej niż zwykle na tej trasie - ale jakże barwnej i interesującej.
InterCity o podróży na Hel: wyjaśniamy i przepraszamy
- 32 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
62 głosy
-
Re: Pociągiem na Hel: postój w lesie i 6 godzin g
mam.problem
23.07.10, 11:33
Nie wierze!Rzeczy maja to do siebie, ze lubia sie psuc i nic na to sie nie da porawdzic. APKP wg mnie stanelo na wysokosci zadania - szybka przesiadka do Wawy, potemspalinowoz do przepchania»








