Zaczęło się od rozlanego soczku
2009-09-15
, aktualizacja: 15.09.2009 13:16
Najważniejsze jest nastawienie ludzi. Jeśli właściciel i obsługa nie potrafią stworzyć przyjaznej atmosfery, nawet najmodniejsze zabawki i najbardziej wymyślna oferta nie pomogą - mówi Karina Grygierek, inicjatorka akcji "Kraków przyjazny maluchom".
RAPORTY
Małgorzata Skowrońska: Wymyśliłaś akcję "Kraków przyjazny maluchom". Potrzeba młodej matki?
Karina Grygierek*: To nie tylko potrzeba, ale pragnienie bycia z dziećmi w różnych ciekawych miejscach w Krakowie. Martyna ma osiem lat, a Tymek pięć. Kiedy urodziłam córkę, byłam jedyną matką w gronie moich przyjaciół. Oni spędzali czas w pubach, które z racji zadymienia i głośnej muzyki nie nadają się dla dzieci.
Pamiętam dzień, gdy już z dwójką moich dzieci wybrałam się do jednaj z krakowskich kawiarni. Jak już wtaszczyłam wózek do środka i zasiadłam przy stoliku, zaczęło się coś, co inni rodzice też znają. Martynka zaczęła biegać wokół stolika, bo jej się nudziło. Wylała sok. Tymek najpierw piszczał, a potem rozpłakał się. Obsługa lokalu patrzyła na mnie tak, że miałam ochotę stamtąd natychmiast uciec. Pomyślałam wtedy: dlaczego nie ma w Krakowie takich miejsc, do których mogłabym się spokojnie wybrać z dziećmi, gdzie obsługa przygotowana będzie na to, że maluch musi pobiegać, gdzie będą jakieś zabawki, kolorowanki i dzieciaki nie będą się nudziły? Zrodził się wtedy pomysł, by miejsca przyjazne oznaczać. Jeśli rodzice z dziećmi zobaczą takie logo, będą wiedzieli, że spokojnie mogą wejść i nikomu nie będą przeszkadzać.
Podczas pierwszej edycji wspólnej akcji PR Inspiration i "Gazety Wyborczej" takich miejsc nie znaleźliśmy zbyt wielu.
- Wtedy rozdaliśmy niewiele ponad 30 certyfikatów i naklejek. W większości były to restauracje z tzw. górnej półki. To dlatego, że ich klientami często są cudzoziemcy, którzy podróżują z dziećmi i przyzwyczajeni są do tego, że prawie wszędzie można zabrać malucha ze sobą. Od pierwszej edycji wiele się zmieniło. Krakowscy restauratorzy dostrzegli potencjał w rodzinach z dziećmi. Błyskawicznie przystosowali swoje lokale, stwarzając w nich kąciki zabaw i wprowadzając do oferty dziecięce menu. W tej edycji mamy już 80 przyjaznych miejsc w różnych kategoriach.
Z tym dziecięcym menu nie zawsze jest tak różowo, bo dzieciaki czasami mają ochotę na coś, czego nie ma w karcie. Moja córka przy każdej wizycie w restauracji prosi o naleśniki. Niby żaden problem przygotować naleśnik, ale obsługa się krzywi.
- Martyna raz zażyczyła sobie spaghetti. Tyle że dla niej to makaron z keczupem. Poprosiłam o przygotowanie takiego dana, a kelnerka na to, że mają tylko spaghetti bolognese. Dopiero jak powiedziałam, że zapłacę jak za danie z karty, zgodziła się podać zwykły makaron polany keczupem. Wniosek z tego taki, że jeszcze musimy popracować nad restauratorami.
W kolejnych akcjach zaczęło przybywać miejsc otwartych na dzieci. Gabinety dentystyczne, stacje benzynowe, centra kosmetyczne, szkoły językowe... To już prawdziwy wysyp miejsc przyjaznych.
- W każdej edycji pojawiają się nowe miejsca. Parę lat temu mogliśmy pomarzyć o klubach dla rodziców i dzieci, w których można by poćwiczyć, wypić kawę, porozmawiać. Teraz mamy Figę, chyba najlepszy krakowski adres dla rodzin z dzieciakami, i rozmaite kluby malucha. Przygotowując miejsce przyjazne, nie od razu trzeba kupować za duże pieniądze np. małpi gaj. Czasami wystarczy stolik, kredki, kolorowanki i kilka zabawek. W aptece, w której spędzamy najwyżej kilkanaście minut, czekając na swoja kolejkę, taki skromny zestaw wystarczy. Z mojego doświadczenia wynika, że najważniejsze jest nastawienie ludzi. Jeśli właściciel i obsługa nie potrafią stworzyć przyjaznej atmosfery, nawet najmodniejsze zabawki i najbardziej wymyślna oferta nie pomogą.
* Karina Grygierek - z wykształcenia historyk, z zamiłowania PR-owiec. Prowadzi agencję PR Inspiration. Inicjator akcji "Kraków przyjazny maluchom".
Karina Grygierek*: To nie tylko potrzeba, ale pragnienie bycia z dziećmi w różnych ciekawych miejscach w Krakowie. Martyna ma osiem lat, a Tymek pięć. Kiedy urodziłam córkę, byłam jedyną matką w gronie moich przyjaciół. Oni spędzali czas w pubach, które z racji zadymienia i głośnej muzyki nie nadają się dla dzieci.
Pamiętam dzień, gdy już z dwójką moich dzieci wybrałam się do jednaj z krakowskich kawiarni. Jak już wtaszczyłam wózek do środka i zasiadłam przy stoliku, zaczęło się coś, co inni rodzice też znają. Martynka zaczęła biegać wokół stolika, bo jej się nudziło. Wylała sok. Tymek najpierw piszczał, a potem rozpłakał się. Obsługa lokalu patrzyła na mnie tak, że miałam ochotę stamtąd natychmiast uciec. Pomyślałam wtedy: dlaczego nie ma w Krakowie takich miejsc, do których mogłabym się spokojnie wybrać z dziećmi, gdzie obsługa przygotowana będzie na to, że maluch musi pobiegać, gdzie będą jakieś zabawki, kolorowanki i dzieciaki nie będą się nudziły? Zrodził się wtedy pomysł, by miejsca przyjazne oznaczać. Jeśli rodzice z dziećmi zobaczą takie logo, będą wiedzieli, że spokojnie mogą wejść i nikomu nie będą przeszkadzać.
Podczas pierwszej edycji wspólnej akcji PR Inspiration i "Gazety Wyborczej" takich miejsc nie znaleźliśmy zbyt wielu.
- Wtedy rozdaliśmy niewiele ponad 30 certyfikatów i naklejek. W większości były to restauracje z tzw. górnej półki. To dlatego, że ich klientami często są cudzoziemcy, którzy podróżują z dziećmi i przyzwyczajeni są do tego, że prawie wszędzie można zabrać malucha ze sobą. Od pierwszej edycji wiele się zmieniło. Krakowscy restauratorzy dostrzegli potencjał w rodzinach z dziećmi. Błyskawicznie przystosowali swoje lokale, stwarzając w nich kąciki zabaw i wprowadzając do oferty dziecięce menu. W tej edycji mamy już 80 przyjaznych miejsc w różnych kategoriach.
Z tym dziecięcym menu nie zawsze jest tak różowo, bo dzieciaki czasami mają ochotę na coś, czego nie ma w karcie. Moja córka przy każdej wizycie w restauracji prosi o naleśniki. Niby żaden problem przygotować naleśnik, ale obsługa się krzywi.
- Martyna raz zażyczyła sobie spaghetti. Tyle że dla niej to makaron z keczupem. Poprosiłam o przygotowanie takiego dana, a kelnerka na to, że mają tylko spaghetti bolognese. Dopiero jak powiedziałam, że zapłacę jak za danie z karty, zgodziła się podać zwykły makaron polany keczupem. Wniosek z tego taki, że jeszcze musimy popracować nad restauratorami.
W kolejnych akcjach zaczęło przybywać miejsc otwartych na dzieci. Gabinety dentystyczne, stacje benzynowe, centra kosmetyczne, szkoły językowe... To już prawdziwy wysyp miejsc przyjaznych.
- W każdej edycji pojawiają się nowe miejsca. Parę lat temu mogliśmy pomarzyć o klubach dla rodziców i dzieci, w których można by poćwiczyć, wypić kawę, porozmawiać. Teraz mamy Figę, chyba najlepszy krakowski adres dla rodzin z dzieciakami, i rozmaite kluby malucha. Przygotowując miejsce przyjazne, nie od razu trzeba kupować za duże pieniądze np. małpi gaj. Czasami wystarczy stolik, kredki, kolorowanki i kilka zabawek. W aptece, w której spędzamy najwyżej kilkanaście minut, czekając na swoja kolejkę, taki skromny zestaw wystarczy. Z mojego doświadczenia wynika, że najważniejsze jest nastawienie ludzi. Jeśli właściciel i obsługa nie potrafią stworzyć przyjaznej atmosfery, nawet najmodniejsze zabawki i najbardziej wymyślna oferta nie pomogą.
* Karina Grygierek - z wykształcenia historyk, z zamiłowania PR-owiec. Prowadzi agencję PR Inspiration. Inicjator akcji "Kraków przyjazny maluchom".
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień





