Koniec pięciu minut Krakowa
2009-01-01
, aktualizacja: 01.01.2009 22:02
Czego Kraków dorobił się w czasach prosperity? Co wybudował? Na jaką zapracował markę? Przekonani o wyjątkowości swego miasta krakowianie stają dziś bezradnie po odgwizdaniu końca ich pięciu minut.
ZOBACZ TAKŻE
- Jak Wawel odstrasza turystów (16-02-09, 22:00)
- Mniej turystów odwiedziło Małopolskę (12-01-09, 22:00)
- Gdzie będą przecinać wstążki w 2009 roku (02-01-09, 22:00)
- Na piękno nie wolno wydawać pieniędzy! (09-12-08, 00:11)
- Kraków - Warszawa: Ludzie z Intercity (30-11-08, 21:09)
- Warszawy nie lubimy, ale do niej jeździmy (27-11-08, 22:35)
- Kraków stawia na turystykę rodzinną (27-11-08, 22:03)
- Żywe reklamy: Kraków będzie jak Madryt? (28-10-08, 23:13)
- "Guardian": promujcie się przez Podgórze! (20-10-08, 22:00)
- "Guardian": Kraków drugi w świecie! (19-10-08, 23:00)
- Kraków: Strategię promocji nieużywaną sprzedam (25-02-09, 22:00)
To nie był dobry rok. Były w nim dobre miesiące i chwile, ale rok 2008 zostawia po sobie cierpki smak ekonomicznych wyliczeń. I mimo że kakofonia opinii finansistów sugeruje, że łatwiej przewidzieć skutki globalnego ocieplenia niż globalnego kryzysu, to oba dramaty mają wspólny mianownik: są globalne. Oznacza to, że dotyczą również tego kraju i tego miasta.
W docierający do Krakowa kryzys trudniej pewnie uwierzyć, stojąc przed świętami na zakorkowanych ulicach przy galeriach handlowych. Takich zakupów już jednak nie będzie! I niech znakiem ich końca będą odpadające szyby Galerii Krakowskiej, pęknięta na pół Plaza w szczycie zakupowego szału i konfesjonał przed wejściem do pasażu handlowego. Niech takie symbole wstrząsną tymi, którzy zmian nie zauważają. Niech zilustrują nieprzyjemny fakt, że czas beztroskiego konsumowania szczególnej pozycji w Polsce, którą ewidentnie miał Kraków, właśnie się skończył. Bo to, co w ostatnich miesiącach podziało się na świecie, zaleje miasto od iluminowanego (z jednej strony) Wawelu do ostatniej uliczki Kurdwanowa, Nowej Huty i Woli Justowskiej. Do ostatniej knajpy, zaułka i kanału. Światowy kryzys dotknie Kraków najszybciej i najmocniej spośród wszystkich polskich miast. Łatwo zburzy mity o jego niezwykłości, budowane przez ostatnie pięć lat. Czyli - przez pięć minut.
Mit pierwszy: Jak Praga
Proszę wybaczyć profetyczny charakter tego tekstu, ale usprawiedliwia go nie tylko data. Kryzys do Krakowa już dotarł. Dojechał i doleciał. Podsumowując rok 2008, mogę oczywiście wymieniać wydarzenia dla tego miasta tak ważne, jak otwarcie tramwajowego tunelu pod Dworcem Głównym, przebudowę ronda, oddanie opery, ekshumację generała Sikorskiego czy niektóre gry i zabawy krakowskich radnych. To wszystko jednak drobiazgi przy ekonomii.
- Zobacz, pusto. W tamtym roku stolik na firmową wigilię musiałem tu rezerwować dwa tygodnie wcześniej - mówił mi w jednej z restauracji nieopodal Rynku znajomy, podróżnik, lekarz, właściciel prywatnej kliniki stomatologicznej.
Siedzieliśmy w Metropolitan przy Sławkowskiej, jednej z wciąż nielicznych restauracji w mieście, w której właściciele dbają o to, by obsługa poza sobą zajmowała się też gośćmi, a kucharz rozumie, co to jest makaron ugotowany al dente. Wieczór 22 grudnia. Centrum wyglądało na wymarłe. Kolejek nie było nawet do smażonych kiełbas, prażonych orzechów i żelków Haribo - wizytówek targów świątecznych na Rynku Głównym. Targów, które lokalne władze ogłaszały turystycznym magnesem. Dlatego pewnie mój towarzysz wieczoru, bywały w świecie, przekonywał mnie, jak kulturowo Kraków przespał ostatnie lata.
- Przecież nie było drugiego miasta w Polsce, z którego samoloty do Londynu odlatywałyby co godzinę czy dwie! Było?
- No nie było. Ale co z tego?! - odpowiadałem zrezygnowany, mrużąc oko na podkoloryzowany nieco przez mojego przyjaciela obraz Krakowa. Miał jednak sporo racji, bo to Kraków był pierwszym polskim miastem, które odkryło siłę tanich linii.
- W jedną stronę lecieli Polacy do roboty na budowach i w knajpach, a w drugą Anglicy na wieczory kawalerskie - ciągnął mój znajomy. - Lecieli też Szwedzi, Włosi, Hiszpanie, Niemcy. A ja spotykałem tych Polaków tam, za morzem. Dobrze zorganizowani. Tam rozumieją, że jak w restauracji klient podniesie wzrok w stronę baru, to trzeba zareagować, że menu trzeba podać natychmiast, że nie można nikogo wyrzucać, tłumacząc: "już zamykamy".
- Tu też rozumieją. Zresztą nie tylko tu - próbowałem oponować, wymieniając inne lokale: Horai, Orient Ekspres, Pod Różą... Ale nie zdążyłem dokończyć, albo też niewiele adresów przyszło mi do głowy.
- Zobacz, co zrobiła Praga. Na każdym kroku informacja turystyczna. Wypieszczona starówka. Nowoczesne lotnisko. Wielki kalendarz imprez kulturalnych. Policjanci mówią po angielsku. W knajpach cieszą się z każdego gościa. Nauczyli się tego. Rozumieją, że pieniądze z turystyki to twarda część gospodarki. I wszyscy z tego korzystają - urzędnik i prywatny przedsiębiorca. W Krakowie potrafili tylko przykleić kartki "PIJANYCH ANGLIKÓW NIE OBSŁUGUJEMY". A na imprezowiczach też można zarobić! Trzeba mieć ofertę dla wszystkich i nie mówić głośno, że się na kogoś stawia, a na innych nie liczy!
Tu już nie mogłem się nie zgodzić. Że tej oferty dla wszystkich Kraków nie ma doskonałej, od wiosny 2008 widać już wyraźnie, choćby w spadających statystykach krakowskiego lotniska. Oficjalnych danych podsumowujących odwiedziny w mieście za cały rok 2008 jeszcze nie ma, ale branża turystyczna załamuje ręce już od wczesnego lata, a teraz nawet na sylwestra hotele były pustawe. Problem jest oczywiście złożony, bo turystyka jest najwrażliwszą na wszelkie gospodarcze zawieruchy branżą, ale też turyści nie wycofują się szybko z miejsc o szczególnie mocnej marce. Kraków na taką markę miał szansę - wymieniany wysoko w międzynarodowych rankingach. Wygląda na to, że z mapy europejskich atrakcji znika tak szybko, jak się na niej pojawił.
Mój towarzysz przedwigilijnego wieczoru powiedziałby, że poza starymi murami i kilkoma knajpami nic tu nie ma. Ja dodam, że to, co jest, mocno odbiega od przyzwoitego europejskiego poziomu: brak spójnego oznakowania i rozwiniętej informacji turystycznej, chaotyczna promocja, zero współpracy Krakowa z atrakcyjnymi okolicznymi gminami, wciąż zaniedbane i źle oznakowane najważniejsze zabytki, kiepska kuchnia, słaba obsługa, zła komunikacja. Brakuje też turystycznej kultury - czegoś, co nie zależy od urzędników, nie można też sobie tego kupić, płacąc drożej. Tego jednak nie można się nauczyć w pięć minut, choć łatwiej nabyć, podróżując i goszcząc u siebie przybyszów. Jeszcze się to nie udało. W turystycznym boomie Kraków potrafił się najeść, ale wciąż nie potrafi dobrze przygotować jedzenia.
Mit drugi: Jak Edynburg
Czytelnicy magazynów "The Observer" i "The Guardian" oraz użytkownicy guardian.co.uk w ankiecie oceniali najciekawsze miasta świata. W serwisie internetowym Money.pl czytam niedawno, że prawdziwym zaskoczeniem, również dla organizatorów, było drugie miejsce przyznane Krakowowi. "W kategorii najciekawsze miasta świata miejsce pierwsze stolica Małopolski ustąpiła jedynie Sydney. Na trzeciej pozycji uplasowało się San Francisco. Jednocześnie dotychczasowy zwycięzca w tej klasie - Hongkong, znalazł się poza podium".
Załamanie koniunktury gospodarczej bezlitośnie odsłania słabość takich rankingów. Jeśli Kraków deklasuje Hongkong pod względem turystycznej atrakcyjności, ranking ten ma wartość przede wszystkim socjologiczną, pokazując stopień zmanierowania uczestników ankiety. Bo nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie przekonywał, że dawna brytyjska kolonia i turystyczny tygrys Dalekiego Wschodu blednie w cieniu kościoła Mariackiego, Wieży Ratuszowej i... szkieletora. Takie rankingi pokazują jednak, jak duża w zamożnych społeczeństwach jest ciekawość świata i chęć poznania nowości. Bogaci Niemcy, Anglicy i Szwedzi byli już wszędzie i to nieraz. Nudzą się już egzotyką Wschodu, francuską kuchnią, włoskim renesansem. Dlatego głosują na nowości. A co dostaną w nowym dla nich Krakowie?
W 2000 roku Kraków był Europejską Stolicą Kultury. Dostał sporą szansę i razem z Pragą reprezentował nasz region kontynentu w najważniejszym dotąd roku pośród cyklu Europejskich Stolic Kultury. Były skandale, nie zawsze czytelnie sformułowany program, a festiwal sprawiał momentami wrażenie dziejącego się w oderwaniu od mieszkańców. Ale był też sporym oddechem dla miasta, które poważniej zaistniało na kulturalnej mapie Europy. Z Unii popłynęły pieniądze na imprezy i nowoczesny sposób zarządzania projektami kulturalnymi. Wtedy właśnie zatrzymał się spadek ruchu turystycznego w Krakowie. Po tamtym okresie zostało tylko biuro festiwalowe. Z ambicji stworzenia z Krakowa miasta kulturalnych festiwali na miarę Edynburga nie zostało nic.
Bo Kraków wciąż nie wie, czego chce. Rozpaczliwe szukanie modelu promocji miasta dla "turysty skrojonego na Kraków" było w ostatnich latach podstawowym zajęciem sporej części urzędników z okolic placu Wszystkich Świętych. Jedni przekonywali do "Sukiennic" ułożonych z kieliszków do szampana, drudzy za ten rubaszny żart przepraszali, trzeci kręcili kantatę Rubika, czwarci się do niej nie przyznawali, a piąci stawiali na Misteria Paschalia, żeby kolejni... I tak dalej. Bez konsekwencji, bez poważnej strategii, bez spójnego przekazu, który mógłby iść w świat i w którym to wszystko razem jakoś by współgrało, gdyby ktoś jeden miał szansę chwycić to za łeb i uporządkować.
Nowym pomysłem jest projekt "Sześć zmysłów", debiutujący w minionym roku. Obejmuje kilka wielkich festiwali - od muzyki, przez teatr i film, po sztuki audiowizualne. Pierwsza edycja niektórych z nich okazała się klapą, inne - Paschalia i Sacrum Profanum - od lat niezmiennie gwarantują wysoki poziom. Niezdecydowanie władz widać jednak również przy tym projekcie - są pieniądze na jego zorganizowanie, ale brakuje już na promocję.
W 2009 roku trzeba się będzie zdecydować, bo nie przyjedzie do nas nikt. Może będzie trzeba wprowadzić darmowe bilety do muzeów, może Wawel będzie mógł być otwarty dłużej, może teatry będą grać latem, może pojawią się tłumaczenia spektakli, może ktoś jeden weźmie się za promocję miasta...
W docierający do Krakowa kryzys trudniej pewnie uwierzyć, stojąc przed świętami na zakorkowanych ulicach przy galeriach handlowych. Takich zakupów już jednak nie będzie! I niech znakiem ich końca będą odpadające szyby Galerii Krakowskiej, pęknięta na pół Plaza w szczycie zakupowego szału i konfesjonał przed wejściem do pasażu handlowego. Niech takie symbole wstrząsną tymi, którzy zmian nie zauważają. Niech zilustrują nieprzyjemny fakt, że czas beztroskiego konsumowania szczególnej pozycji w Polsce, którą ewidentnie miał Kraków, właśnie się skończył. Bo to, co w ostatnich miesiącach podziało się na świecie, zaleje miasto od iluminowanego (z jednej strony) Wawelu do ostatniej uliczki Kurdwanowa, Nowej Huty i Woli Justowskiej. Do ostatniej knajpy, zaułka i kanału. Światowy kryzys dotknie Kraków najszybciej i najmocniej spośród wszystkich polskich miast. Łatwo zburzy mity o jego niezwykłości, budowane przez ostatnie pięć lat. Czyli - przez pięć minut.
Mit pierwszy: Jak Praga
Proszę wybaczyć profetyczny charakter tego tekstu, ale usprawiedliwia go nie tylko data. Kryzys do Krakowa już dotarł. Dojechał i doleciał. Podsumowując rok 2008, mogę oczywiście wymieniać wydarzenia dla tego miasta tak ważne, jak otwarcie tramwajowego tunelu pod Dworcem Głównym, przebudowę ronda, oddanie opery, ekshumację generała Sikorskiego czy niektóre gry i zabawy krakowskich radnych. To wszystko jednak drobiazgi przy ekonomii.
- Zobacz, pusto. W tamtym roku stolik na firmową wigilię musiałem tu rezerwować dwa tygodnie wcześniej - mówił mi w jednej z restauracji nieopodal Rynku znajomy, podróżnik, lekarz, właściciel prywatnej kliniki stomatologicznej.
Siedzieliśmy w Metropolitan przy Sławkowskiej, jednej z wciąż nielicznych restauracji w mieście, w której właściciele dbają o to, by obsługa poza sobą zajmowała się też gośćmi, a kucharz rozumie, co to jest makaron ugotowany al dente. Wieczór 22 grudnia. Centrum wyglądało na wymarłe. Kolejek nie było nawet do smażonych kiełbas, prażonych orzechów i żelków Haribo - wizytówek targów świątecznych na Rynku Głównym. Targów, które lokalne władze ogłaszały turystycznym magnesem. Dlatego pewnie mój towarzysz wieczoru, bywały w świecie, przekonywał mnie, jak kulturowo Kraków przespał ostatnie lata.
- Przecież nie było drugiego miasta w Polsce, z którego samoloty do Londynu odlatywałyby co godzinę czy dwie! Było?
- No nie było. Ale co z tego?! - odpowiadałem zrezygnowany, mrużąc oko na podkoloryzowany nieco przez mojego przyjaciela obraz Krakowa. Miał jednak sporo racji, bo to Kraków był pierwszym polskim miastem, które odkryło siłę tanich linii.
- W jedną stronę lecieli Polacy do roboty na budowach i w knajpach, a w drugą Anglicy na wieczory kawalerskie - ciągnął mój znajomy. - Lecieli też Szwedzi, Włosi, Hiszpanie, Niemcy. A ja spotykałem tych Polaków tam, za morzem. Dobrze zorganizowani. Tam rozumieją, że jak w restauracji klient podniesie wzrok w stronę baru, to trzeba zareagować, że menu trzeba podać natychmiast, że nie można nikogo wyrzucać, tłumacząc: "już zamykamy".
- Tu też rozumieją. Zresztą nie tylko tu - próbowałem oponować, wymieniając inne lokale: Horai, Orient Ekspres, Pod Różą... Ale nie zdążyłem dokończyć, albo też niewiele adresów przyszło mi do głowy.
- Zobacz, co zrobiła Praga. Na każdym kroku informacja turystyczna. Wypieszczona starówka. Nowoczesne lotnisko. Wielki kalendarz imprez kulturalnych. Policjanci mówią po angielsku. W knajpach cieszą się z każdego gościa. Nauczyli się tego. Rozumieją, że pieniądze z turystyki to twarda część gospodarki. I wszyscy z tego korzystają - urzędnik i prywatny przedsiębiorca. W Krakowie potrafili tylko przykleić kartki "PIJANYCH ANGLIKÓW NIE OBSŁUGUJEMY". A na imprezowiczach też można zarobić! Trzeba mieć ofertę dla wszystkich i nie mówić głośno, że się na kogoś stawia, a na innych nie liczy!
Tu już nie mogłem się nie zgodzić. Że tej oferty dla wszystkich Kraków nie ma doskonałej, od wiosny 2008 widać już wyraźnie, choćby w spadających statystykach krakowskiego lotniska. Oficjalnych danych podsumowujących odwiedziny w mieście za cały rok 2008 jeszcze nie ma, ale branża turystyczna załamuje ręce już od wczesnego lata, a teraz nawet na sylwestra hotele były pustawe. Problem jest oczywiście złożony, bo turystyka jest najwrażliwszą na wszelkie gospodarcze zawieruchy branżą, ale też turyści nie wycofują się szybko z miejsc o szczególnie mocnej marce. Kraków na taką markę miał szansę - wymieniany wysoko w międzynarodowych rankingach. Wygląda na to, że z mapy europejskich atrakcji znika tak szybko, jak się na niej pojawił.
Mój towarzysz przedwigilijnego wieczoru powiedziałby, że poza starymi murami i kilkoma knajpami nic tu nie ma. Ja dodam, że to, co jest, mocno odbiega od przyzwoitego europejskiego poziomu: brak spójnego oznakowania i rozwiniętej informacji turystycznej, chaotyczna promocja, zero współpracy Krakowa z atrakcyjnymi okolicznymi gminami, wciąż zaniedbane i źle oznakowane najważniejsze zabytki, kiepska kuchnia, słaba obsługa, zła komunikacja. Brakuje też turystycznej kultury - czegoś, co nie zależy od urzędników, nie można też sobie tego kupić, płacąc drożej. Tego jednak nie można się nauczyć w pięć minut, choć łatwiej nabyć, podróżując i goszcząc u siebie przybyszów. Jeszcze się to nie udało. W turystycznym boomie Kraków potrafił się najeść, ale wciąż nie potrafi dobrze przygotować jedzenia.
Mit drugi: Jak Edynburg
Czytelnicy magazynów "The Observer" i "The Guardian" oraz użytkownicy guardian.co.uk w ankiecie oceniali najciekawsze miasta świata. W serwisie internetowym Money.pl czytam niedawno, że prawdziwym zaskoczeniem, również dla organizatorów, było drugie miejsce przyznane Krakowowi. "W kategorii najciekawsze miasta świata miejsce pierwsze stolica Małopolski ustąpiła jedynie Sydney. Na trzeciej pozycji uplasowało się San Francisco. Jednocześnie dotychczasowy zwycięzca w tej klasie - Hongkong, znalazł się poza podium".
Załamanie koniunktury gospodarczej bezlitośnie odsłania słabość takich rankingów. Jeśli Kraków deklasuje Hongkong pod względem turystycznej atrakcyjności, ranking ten ma wartość przede wszystkim socjologiczną, pokazując stopień zmanierowania uczestników ankiety. Bo nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie przekonywał, że dawna brytyjska kolonia i turystyczny tygrys Dalekiego Wschodu blednie w cieniu kościoła Mariackiego, Wieży Ratuszowej i... szkieletora. Takie rankingi pokazują jednak, jak duża w zamożnych społeczeństwach jest ciekawość świata i chęć poznania nowości. Bogaci Niemcy, Anglicy i Szwedzi byli już wszędzie i to nieraz. Nudzą się już egzotyką Wschodu, francuską kuchnią, włoskim renesansem. Dlatego głosują na nowości. A co dostaną w nowym dla nich Krakowie?
W 2000 roku Kraków był Europejską Stolicą Kultury. Dostał sporą szansę i razem z Pragą reprezentował nasz region kontynentu w najważniejszym dotąd roku pośród cyklu Europejskich Stolic Kultury. Były skandale, nie zawsze czytelnie sformułowany program, a festiwal sprawiał momentami wrażenie dziejącego się w oderwaniu od mieszkańców. Ale był też sporym oddechem dla miasta, które poważniej zaistniało na kulturalnej mapie Europy. Z Unii popłynęły pieniądze na imprezy i nowoczesny sposób zarządzania projektami kulturalnymi. Wtedy właśnie zatrzymał się spadek ruchu turystycznego w Krakowie. Po tamtym okresie zostało tylko biuro festiwalowe. Z ambicji stworzenia z Krakowa miasta kulturalnych festiwali na miarę Edynburga nie zostało nic.
Bo Kraków wciąż nie wie, czego chce. Rozpaczliwe szukanie modelu promocji miasta dla "turysty skrojonego na Kraków" było w ostatnich latach podstawowym zajęciem sporej części urzędników z okolic placu Wszystkich Świętych. Jedni przekonywali do "Sukiennic" ułożonych z kieliszków do szampana, drudzy za ten rubaszny żart przepraszali, trzeci kręcili kantatę Rubika, czwarci się do niej nie przyznawali, a piąci stawiali na Misteria Paschalia, żeby kolejni... I tak dalej. Bez konsekwencji, bez poważnej strategii, bez spójnego przekazu, który mógłby iść w świat i w którym to wszystko razem jakoś by współgrało, gdyby ktoś jeden miał szansę chwycić to za łeb i uporządkować.
Nowym pomysłem jest projekt "Sześć zmysłów", debiutujący w minionym roku. Obejmuje kilka wielkich festiwali - od muzyki, przez teatr i film, po sztuki audiowizualne. Pierwsza edycja niektórych z nich okazała się klapą, inne - Paschalia i Sacrum Profanum - od lat niezmiennie gwarantują wysoki poziom. Niezdecydowanie władz widać jednak również przy tym projekcie - są pieniądze na jego zorganizowanie, ale brakuje już na promocję.
W 2009 roku trzeba się będzie zdecydować, bo nie przyjedzie do nas nikt. Może będzie trzeba wprowadzić darmowe bilety do muzeów, może Wawel będzie mógł być otwarty dłużej, może teatry będą grać latem, może pojawią się tłumaczenia spektakli, może ktoś jeden weźmie się za promocję miasta...
Mit trzeci: Jak Londyn
Jeśli ktoś myśli, że w najbliższych latach ktoś dokończy w Krakowie budowę szkieletora, to mocno się rozczaruje. Nie dokończy! I wcale nie dlatego, że jakaś rada starszych panów uradzi, że straszydło lepiej będzie wyglądać jako małe i brzydkie, a nie duże i ładne. Nie dlatego też, że magistrat będzie przez standardowe kilka lat wydawał pozwolenia. Ale dlatego, że rozbudowa właśnie przestaje się opłacać.
W ostatnich latach przyzwyczailiśmy się do błogiego nastroju wprowadzanego informacjami o boomie na rynku nieruchomości. Że brakuje mieszkań, biur, hoteli, magazynów. Nasz rynek był porównywany do Madrytu i Londynu. Dziś mieszkania stoją puste, deweloperzy nie budują nowych. Zagraniczny kapitał uciekł z Krakowa. Bez sentymentów - jak tani przewoźnicy z Balic.
Firmy wstrzymały też inwestycje związane z rozbudową biur. Czas wielkiego budowania się kończy. Czy Kraków wypiękniał w tym okresie? Stał się wygodniejszy dla mieszkańców?
Przychodzi mi tu do głowy krakowska historia amerykańskiego Tishmana z końcówki minionego stulecia. Przy Dworcu Głównym Amerykanie chcieli wybudować Nowe Miasto. Wkurzeni na piętrzące się urzędowe przeszkody, sprzedali jednak teren Niemcom i spakowali manatki. Zamiast Nowego Miasta powstała Galeria Krakowska - handlowy budynek bez fasad z dwóch stron i z odpadającą fasadą z jednej.
Niestety, symbolami ostatnich lat rozkwitu budowlanego w Krakowie będą takie chybione inwestycje. Opera przypomina połączenie nagrobka z Tesco. Zgrzebna i już zdezelowana nawierzchnia, którą wyłożono Rynek Główny. Osiedle Ruczaj napakowane blokami tak, że nie sposób wcisnąć między nie parking, nie mówiąc o przedszkolu.
A gdzie podziemne parkingi? Gdzie centrum kongresowe? Gdzie hala widowiskowo-sportowa? Trudno będzie w tym kraju o lepsze warunki do wznoszenia takich budowli. Gdzie myślenie o urbanistyce miasta?! Kiedy będzie czas na planowanie rozwoju metropolitalnych funkcji Krakowa, jeśli nie było go teraz?
Jeden parking podziemny i papierowe wizualizacje przyszłych inwestycji niczego nie usprawiedliwiają. Można spodziewać się też, że następny budżet Krakowa kryzys dotknie nie mniej niż budżet państwa. W latach tłustych prezydent nie był w stanie ściąć przerośniętych wydatków oświatowych, nie potrafił odchudzić urzędu, wyprowadzić na zewnątrz usług - teraz te zaniechania będą go kosztować podwójnie drogo.
Rok 2009 może się okazać pierwszym, w którym zadowoleni dotąd z siebie i swojego miasta krakowianie będą chcieli zmian. Kiedy nie dzieje się źle, trudniej pokazać zaniechania. Dlatego spokój pracował dotąd na mocną pozycję Jacka Majchrowskiego. Zapowiada się jednak tego spokoju kres.
***
Koniec 2008 roku to koniec kilku odczuwalnie dobrych lat dla tego miasta. Szczególnie dobrych. Jestem przekonany, że wielu naszych Czytelników potrafiło skorzystać na czasie prosperity. Że znaleźli sobie boom-boomik, na którym zarobili, albo przynajmniej dobrze się bawili i dziś żadnego boomu się nie boją.
Tak samo jednak żal, że miasto tego czasu właściwie nie wykorzystało. Oczywiście kryzys dotknie też Edynburg, Londyn i Pragę. Niewiele się jednak cywilizacyjnie do tych miast ostatnio zbliżyliśmy, a szanse mieliśmy największe w Polsce.
Kryzys ma jednak kilka wartości pozytywnych - wyostrza błędy i pozwala wyczyścić to, co w chwilach błogości mało uwierało. W kryzysie też można budować, choć będzie to już wymagać znacznie większego wysiłku. W tym przełomowym roku zobaczymy - jakiego.
Jeśli ktoś myśli, że w najbliższych latach ktoś dokończy w Krakowie budowę szkieletora, to mocno się rozczaruje. Nie dokończy! I wcale nie dlatego, że jakaś rada starszych panów uradzi, że straszydło lepiej będzie wyglądać jako małe i brzydkie, a nie duże i ładne. Nie dlatego też, że magistrat będzie przez standardowe kilka lat wydawał pozwolenia. Ale dlatego, że rozbudowa właśnie przestaje się opłacać.
W ostatnich latach przyzwyczailiśmy się do błogiego nastroju wprowadzanego informacjami o boomie na rynku nieruchomości. Że brakuje mieszkań, biur, hoteli, magazynów. Nasz rynek był porównywany do Madrytu i Londynu. Dziś mieszkania stoją puste, deweloperzy nie budują nowych. Zagraniczny kapitał uciekł z Krakowa. Bez sentymentów - jak tani przewoźnicy z Balic.
Firmy wstrzymały też inwestycje związane z rozbudową biur. Czas wielkiego budowania się kończy. Czy Kraków wypiękniał w tym okresie? Stał się wygodniejszy dla mieszkańców?
Przychodzi mi tu do głowy krakowska historia amerykańskiego Tishmana z końcówki minionego stulecia. Przy Dworcu Głównym Amerykanie chcieli wybudować Nowe Miasto. Wkurzeni na piętrzące się urzędowe przeszkody, sprzedali jednak teren Niemcom i spakowali manatki. Zamiast Nowego Miasta powstała Galeria Krakowska - handlowy budynek bez fasad z dwóch stron i z odpadającą fasadą z jednej.
Niestety, symbolami ostatnich lat rozkwitu budowlanego w Krakowie będą takie chybione inwestycje. Opera przypomina połączenie nagrobka z Tesco. Zgrzebna i już zdezelowana nawierzchnia, którą wyłożono Rynek Główny. Osiedle Ruczaj napakowane blokami tak, że nie sposób wcisnąć między nie parking, nie mówiąc o przedszkolu.
A gdzie podziemne parkingi? Gdzie centrum kongresowe? Gdzie hala widowiskowo-sportowa? Trudno będzie w tym kraju o lepsze warunki do wznoszenia takich budowli. Gdzie myślenie o urbanistyce miasta?! Kiedy będzie czas na planowanie rozwoju metropolitalnych funkcji Krakowa, jeśli nie było go teraz?
Jeden parking podziemny i papierowe wizualizacje przyszłych inwestycji niczego nie usprawiedliwiają. Można spodziewać się też, że następny budżet Krakowa kryzys dotknie nie mniej niż budżet państwa. W latach tłustych prezydent nie był w stanie ściąć przerośniętych wydatków oświatowych, nie potrafił odchudzić urzędu, wyprowadzić na zewnątrz usług - teraz te zaniechania będą go kosztować podwójnie drogo.
Rok 2009 może się okazać pierwszym, w którym zadowoleni dotąd z siebie i swojego miasta krakowianie będą chcieli zmian. Kiedy nie dzieje się źle, trudniej pokazać zaniechania. Dlatego spokój pracował dotąd na mocną pozycję Jacka Majchrowskiego. Zapowiada się jednak tego spokoju kres.
***
Koniec 2008 roku to koniec kilku odczuwalnie dobrych lat dla tego miasta. Szczególnie dobrych. Jestem przekonany, że wielu naszych Czytelników potrafiło skorzystać na czasie prosperity. Że znaleźli sobie boom-boomik, na którym zarobili, albo przynajmniej dobrze się bawili i dziś żadnego boomu się nie boją.
Tak samo jednak żal, że miasto tego czasu właściwie nie wykorzystało. Oczywiście kryzys dotknie też Edynburg, Londyn i Pragę. Niewiele się jednak cywilizacyjnie do tych miast ostatnio zbliżyliśmy, a szanse mieliśmy największe w Polsce.
Kryzys ma jednak kilka wartości pozytywnych - wyostrza błędy i pozwala wyczyścić to, co w chwilach błogości mało uwierało. W kryzysie też można budować, choć będzie to już wymagać znacznie większego wysiłku. W tym przełomowym roku zobaczymy - jakiego.
- 134 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
-
Oby szkieletor przeżył całą GW, kto za?
andk12
02.01.09, 12:00
Jakiś czas temu mieszkałem i pracowałem w Krakowie. Mieszkałem w ok. Płaszowa. czyli okolica niezbyt atrakcyjna, raczej nie-tyrustyczna, zresztą turystów nie lubiliśmy. Wyprowadziłem się w »
-
Koniec pięciu minut Krakowa
cartahena
02.01.09, 22:16
Nie rozumiem tych wszystkich, co porownuja Krakow do stolic, czyli do Warszawy albo Pragi. Przeciez tych miast nie mozna porownywac. Wiadomo, ze stolice w krajach socjalistycznych byly o »
-
Raczej pieciu godzin!!!!!
xs550
04.01.09, 17:46
Krakow ma nie tylko swoje piec minut ale wrecz piec godzin i dni! I te dni sie nigdy nie skoncza. Bo zadno inne miasto na swiecie nie ma Wawelu, Sukiennic, Kosciola Mariackiego, Ujotu, »
Najczęściej czytane24 htydzień
- Policja i straż miejska usunęła ...
- Kierowca potrącił dwulatka przy Kleparzu. ...
- Naukowcy przebadali Berlinkę. Odkryli ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 1]
- Dziewczynka zmarła przygnieciona przez drzewo
- Okiem kierowcy. Rowerzyści i motocykliści ...
- Test rowerowy - sprawdź swoją wiedzę [CZĘŚĆ 2]




