Bococa Bistro. Ładnie, ale... Wielkie Żarcie Nowickiego

...

WOJCIECH NOWICKI 2013-03-15, ostatnia aktualizacja 2013-03-15 16:02:30

Ostatnia wyprawa gastronomiczna zaprowadziła nas w nieznane, na ziemie dotąd niczyje. Choć - i to w całej sprawie najzabawniejsze - położone centralnie, o kilka kroków od Rynku, przy ruchliwej trasie.

Zacznijmy od początku: jaka jest Karmelicka, każdy wie, Karmelicka buzuje przez cały dzień. Szczyty osiąga na samym początku, przy Bagateli, gdzie natężenie działalności kawowo-knajpianej jest szczególnie imponujące. Nie wszystkie te lokale są warte omówienia, wystarczy powiedzieć, że są. Niemal wszystkie są oblężone. To jest taki kawałek miasta, który nigdy nie zamiera, tu nieustannie pędzą masy, tu miejska maszyna rozpędza się najbardziej. Tu ludzie wiecznie są głodni, wiecznie mają ochotę na kawę.

Z drugiego końca Karmelickiej dochodzi jednak do gwałtownego wyciszenia, jakby pojawiali się tu wyłącznie ludzie nasyceni: bo choć skrzyżowanie z Alejami jest jeszcze ruchliwsze niż to pod Bagatelą, i jest tu równie wiele przystanków, i pewnie taka sama ciżba się tędy przetacza - to plac Inwalidów jest pustynią, tu miejski podróżny nie znajdzie restauracji ani kawiarni. Jest martwo, mimo huku panuje cisza. A raczej - dotąd tak było. 8 marca naprzeciw przystanku tramwajowego, na wysokim parterze, nad jakimś sklepem, wystartowało bistro Bococa. Wbrew wszystkiemu co dookoła Bococa jest nowoczesna, wychuchana, ładna po prostu i bardzo klimatyczna. Niewielkie wnętrze z barem, wspólny stół na środku, mniejsze po bokach, dowcipne poduchy w kształcie ciasteczek petit-beurre; chce się tam wparować i zostać na dłużej. Co uczyniliśmy w dzień po otwarciu, bardzo z siebie zadowoleni, że znaleźliśmy taki skarb, nowoczesną knajpkę jak z lepszych, majętniejszych okolic świata. I to tu, w okolicy słynącej do niedawna z budki, gdzie sprzedają mrożone pierogi, i z baru w kiosku koło kina Mikro (w dawniejszych czasach słynął z trujących frytek). Słowem, studnię znaleźliśmy na suchym pustkowiu.

Konfitura z cebuli na śniadanie?

Do tej studni stała jednak kolejka. Dopiero co otwarte, więc obsługa sobie trochę nie radzi. Tak bywa, nie obrażam się, poczekam, aż się wyrobią. Skupiliśmy się raczej na tym, co wypisano na tablicy, na jedzeniu. Byliśmy wystarczająco zachwyceni miejscem i tym, że powstało. Wzięliśmy śniadania, jedno na słodko, drugie firmowe. Słodkie śniadanie było - jak by to określić? Bardzo niesztampowe, w niektórych nawet budzące lekką grozę. Składa się na nie koszyczek chleba, kosteczka masła, taka, jaką pamiętam z ośrodków wczasowych i szpitali, oraz dwa słodkie dodatki. Mnie najbardziej wbiła się w głowę konfitura z cebuli. Uważam (i wiem, że nie jestem w tym odosobniony), że konfitura z cebuli nieszczególnie kojarzy się ze śniadaniem. Owszem, bardzo ją cenię, kiedy dobrze zrobiona, jako dodatek do foie gras, do różnych musów z wątróbki, do serów ostrych. Wtedy karmelizowana cebula daje z siebie co najlepsze: pozwala rozkwitać słabszym smakom, łagodzi mocniejsze, wszystkiemu głębi nadaje. A tak, do chleba, na śniadanie? Nieporozumienie.

Dla siebie wziąłem śniadanie Bococa. Otrzymałem talerz z klasykiem niesmacznej sałatki - rukola z czarną oliwką, zupełnie pozbawioną smaku, do tego trzy plastry twarożkowego musu. Plastry owinięte w buraki albo ogórki, smakują trochę jak żelki z dodatkiem chrzanu albo marchewki. Rzecz wygląda dość ciekawie, ale nie sprawdza się zupełnie. Tu ktoś gotuje okiem, na smak pozostaje dość głuchy. Śniadaniom tutejszym mówię więc nie, bo są wydziwione bez celu. Wolałbym rzeczy zwyklejsze. Nie przychodzę do bistra na dziwactwa, do bistra chadzam na miłe siedzenie i proste jedzenie. Taka, uważam, jego rola.

Czułem głównie kluchę

Ponieważ było nas więcej, spróbowaliśmy również dań lunchowych. Pierwszym były zielone buły z ciasta, polane przyjemnie pomidorowym sosem. Wyglądało to świeżo i nawet apetycznie, choć po zastanowieniu powiedzieć trzeba, że pod kolorową powłoką krył się pewien sznyt barowy; no i rozmiar tych wyrobów budził nie tylko podziw, ale i protesty. Bo to były giganty, bardziej niemieckie Maultasche (choć tamte są kwadratowe, a te były okrągłe) niż włoskie tortellini czy ravioli. Na porcję składają się dwie sztuki; a to nie jest szczególnie mała porcja. W środku pierożysk krył się łosoś - i gdyby nie męcząca, zapychająca przewaga ciasta, danie byłoby zapewne smaczne. Ja jednak czułem głównie kluchę. Diabeł, cóż, diabeł tkwi w cieście, pardon, w szczegółach.

Risotto było tak okropne, że kuchnia powinna zostać za karę po pracy i pisać sto razy na tablicy nad barem: już nigdy nie wezmę się za risotto. Szło to tak: ryż w środku twardy, rozgotowany na brzegach (czy słyszałaś, kuchnio, o ryżu do risotta i metodach jego gotowania?), zmieszany pół na pół ze szpinakiem. Przypominam, że risotto to zawsze, podkreślam: zawsze głównie ryż z niewielkim dodatkiem czegoś do smaku. Całość polano sosem serowym (!) i posypano czymś udającym parmezan. Wisienka na torcie: trzy niejadalne krewetki. Cóż. Jeśli ktoś ryzykuje, musi być gotów na to, co piszę.

Samo wnętrze to za mało

Bococa to miejsce, które od wejścia można uznać za bardzo przyjemne i w jakimś sensie modne, bo tak teraz wyglądają oblegane knajpki. Ale może samo wnętrze to za mało? Może się skończyły te czasy? Niektóre smaki w Bococa Bistro są po prostu absurdalne - z wyjątkiem może kanapki, która smakuje jak kanapka, jest chrupiąca i świeża. Cieszy mnie wygląd Bococa Bistro, to dopieszczone cacko, widać, że ktoś się napracował. Cieszy mnie niezwykle, że Bococa jest tam, gdzie jest. To bardzo dobra inwestycja, samosiejka w strefie dotąd (nie wiedzieć czemu) przez wszystkich pomijanej. Cieszy mnie, że to bistro powstało, bo można się w nim napić kawy, pewnie również zjeść tartę albo ciastko - ja dotąd nie jadłem. Natomiast to, co dotąd zjadłem, raczej mnie martwi. Proszę, więcej pokory, więcej zwyczajności, luzu więcej i więcej smaku. Wiem, że się je oczami, ale usta też jedzą.

Bococa Bistro, pl. Inwalidów 7. Cztery osoby - 107 zł.